Bożena Aksamit: Ksiądz żyje z żebrania? Jan Kaczkowski*: Jak najbardziej. Najpierw wyżebrałem na budowę hospicjum, a teraz żebrzę na jego utrzymanie. Aby funkcjonowało i miało przyzwoity standard, musimy dołożyć 20 proc. miesięcznie. NFZ pokrywa cztery piąte kosztów utrzymania placówki. Żyję więc z żebrania, oczywiście z różnych form - tak jak Orkiestra Świątecznej Pomocy Jurka Owsiaka.
A nie dręczy księdza sumienie, że wyciągacie od ludzi pieniądze na sprawy, którymi powinno zajmować się państwo? - Miałem taki dylemat etyczny, że wyręczam państwo. I pewnie Jurek Owsiak i jego ludzie mieli podobny. Słyszałem kiedyś rozmowę, w której ktoś od Owsiaka mówił, że ludzie z Ministerstwa Zdrowia patrzą, na co pójdą pieniądze z Orkiestry, i obcinają tam dofinansowanie.
Właśnie - Ale po przemyśleniu uspokoiłem się - oczekiwanie, że państwo da, państwo zrobi, stwarza coś na kształt homo sovieticusa, o którym mówił ksiądz Józef Tischner. Jeżeli będziemy myśleć, że państwo wszystko powinno, a co za tym idzie - wszystko może, to ta postawa zaowocuje społecznym bezruchem, swoistym otępieniem. Ruch społeczny polegający na tym, że jedni coś organizują, a inni dają na to pieniądze albo pomagają osobiście, jest bardzo ważny. Oczywiście ileś tam osób zarabia, pracując w wielkich fundacjach, ale inaczej się nie da. Można to nazwać dobroczynnym biznesem. I taka działalność ma swój dobroczynny wpływ na ludzi - aktywizuje ich. Nie siedzą wkurzeni na fotelu z nogą założoną na nogę i nie powtarzają: "Niech państwo mi da, bo mi się należy". Akcje społeczne uczą odpowiedzialności za otoczenie, budują społeczeństwo obywatelskie. A ponad to, że Orkiestra wyposaży jakiś szpital czy kupi respiratory dla placówek z połowy kraju, musimy pamiętać, że dzięki akcjom Jurka Owsiaka uratowano życie i zdrowie iluś tam osobom.
Ksiądz daje na Orkiestrę? - Daję. Nie za dużo - 20, 50 zł. Przyklejam serduszko na sutannę i chodzę z nim całą niedzielę. My, chrześcijanie, nie mamy monopolu na dobro.
Księdzu jest łatwiej żebrać niż cywilom? - Myślę, że tak.
A słyszy czasami ksiądz, że "czarni" to złodzieje. - Takie przypadki są naprawdę marginalne. Jeśli przyjrzymy się pracy parafii, to właściwie w wielu ma miejsce działalność społeczna. Jest sporo proboszczów czy wikarych, którzy finansują naukę młodym ludziom, jest sporo osób, które dzięki Kościołowi są "wyciągani do góry".
Tak - Oczywiście są przypadki, że ludzie Kościoła krzywdzą parafian. Ale globalnie, gdyby na to spojrzeć księża wykonują mnóstwo dobrej roboty. Wokół wielu parafii toczy się życie - ludzie się spotykają, śpiewają w chórach, wspólnie się bawią. Tworzy się coś na kształt grup wsparcia. I księża mają czas dla młodzieży - w czasach, gdy ich zabiegani
rodzice, mają go za mało. Kościół organizuje mnóstwo wyjazdów, nie tylko do Częstochowy - na
narty, spływy, za granicę. Moi wolontariusze żebrzą ze mną od Jastarni, przez Półwysep Helski po Gdańsk.
Ksiądz ma jakąś metodę na żebranie? - Banalną - otwartość, transparentność. Wszystko.
Ksiądz zbudował hospicjum w Pucku w kilka lat za pieniądze wyżebrane od ludzi, udało się zebrać prawie 6 mln zł, sporo jak na jednego człowieka. - Wszystko odbyło się na zasadzie śniegowej kuli. Duży wpływ miała na pewno popularność, jaką zdobyłem, będąc wikarym w puckiej farze. Mówię dość dobre kazania i spowiadam z dużym zaangażowaniem, więc parafianie - a przynajmniej część - czuli do mnie sympatię i mieli zaufanie. Najpierw powołałem hospicjum domowe, potem zacząłem mówić o budowie stacjonarnego, i to nawet nie po kościołach. Oczywiście były dwa, trzy ogłoszenia parafialne, że chcę zbudować hospicjum. Sporo pomogły mi lokalne media, dziennikarze, którzy chcieli o tym rozmawiać. Nie naciągam ludzi, może dlatego dają. Całe przedsięwzięcie wymaga ode mnie mocnego kręgosłupa moralnego. Pieniądze, które ludzie dają na hospicjum, są nie do ruszenia. Inaczej stałbym się niewiarygodny, zresztą na dłuższą metę nie dałoby się ukryć takiej nieuczciwości.
Nieznajomi potrafią przyjść i zostawić 2 tys. zł? - To się często zdarza.