Nigdy nie trafiłem na osobę publiczną, która tak konsekwentnie odmawia spotkania. Nawet kiedy pisałem teksty pośmiertne, pogrążone w żałobie rodziny i znajomi rozmawiali o bohaterze chętniej niż bliscy minister Muchy. Asystentka prasowa minister Muchy Anna Glijer przy kolejnym telefonie zabiła mnie tekstem: - Pani minister zdecydowała, że sylwetki nie będzie.
Co chce ukryć minister Joanna Mucha?
Że trenowała karate? Matka, Barbara, jest z zawodu
krawcową. Długo przekonuję ją do rozmowy o dzieciństwie córki. W końcu umawiamy się, że sama ją zapyta, czy ma rozmawiać z dziennikarzem.
Nazajutrz telefon odbiera ojciec, Bernard, z zawodu budowlaniec. - Nie, nie, nie. Zrezygnowała, nie będzie wywiadu - rzuca słuchawką.
O dzieciństwie pani minister wiadomo, że była upartym samoukiem. Kiedyś sama postanowiła nauczyć się grać na gitarze i jej się udało. Trenowała też karate - to jedyny wyraźny rys sportowy w życiu minister sportu.
- Nie mogę z panem rozmawiać - mówi mi Mirosław Pawliński, prezes Uczniowskiego Klubu Sportowego Karate-de w Płońsku, pierwszy trener Joasi Muchy. - Do dzisiaj utrzymujemy kontakt i obiecałem, że nie będę tego tematu podejmował. A słowa dotrzymuję.
Na moją prośbę Pawliński zwraca się o cofnięcie zakazu rozmów, ale nie dostaje zgody.
Wiadomo tylko, że osiągnęła w karate niebieski pas, co według różnych gradacji oznacza średni lub nawet wysoki stopień zaawansowania.
Że deklamowała o sacrum? W 1991 r. Joasia idzie do liceum, do klasy matematyczno-fizycznej. W kolejnym roku w szkole odbywają się pierwsze demokratyczne wybory - pamięta dyr. liceum Ryszard Buczyński, wtedy świeżo mianowany dyrektor z konkursu. Joasia Mucha, uczennica II klasy, zostaje przewodniczącą samorządu szkolnego.
- Jej inicjatywą było ustanowienie rzecznika praw uczniów. Rzecznikiem została Joasia Biernacka, uczennica trzeciej klasy, której start zaproponowała właśnie Joanna Mucha - pamięta dyrektor. - Wśród przewodniczących, z którymi miałem do czynienia, wyróżniała się rozwagą. Rozmawialiśmy, że uczeń też powinien mieć obowiązki. Nie było tej roszczeniowości i sprowadzania wszystkiego do krytyki nauczycieli.
Joasia, chociaż chodzi do mat.-fizu, jest niezłą humanistką. Dobrze recytuje, dochodzi do centralnego etapu konkursu "Sacrum w literaturze". Zdobywa drugie miejsce w województwie ciechanowskim w konkursie na pracę maturalną z języka polskiego. Marzy o karierze na scenie, ale nie dostaje się na
studia aktorskie. Wybiera zarządzanie na Uniwersytecie Warszawskim.
Że czytała periodyki? - Panie profesorze, jedna studentka przesiaduje w bibliotece i czyta roczniki periodyków ze strategii zarządzania - mówi sekretarka prof. Krzysztofa Obłoja z Wydziału Zarządzania Uniwersytetu Warszawskiego.
- Ponieważ takie rzeczy się nie zdarzają często - opowiada mi prof. Obłój - sprawdziłem, kto zacz. Periodyki czytała pani Joanna. To były: "Strategic Management Journal", "Long Range Planning", "European Management Review", "Harvard Business Review" - elita czasopism naukowych w dziedzinie strategii. Zapamiętałem ją jako osobę ogromnie sympatyczną, pracowitą i obowiązkową. Nie miała łatwej sytuacji i pamiętam, że co pewien czas meldowała się na seminarium ze swoim synkiem Stasiem. Staś jeździł małym traktorem pod stołami, a my dyskutowaliśmy nad badaniami.
Stasia rodzi na drugim roku, dwa lub cztery lata później (według różnych źródeł) - drugiego syna, Krzysia. Studiów jednak nie przerywa, dojeżdża z rodzinnego Płońska do Warszawy. W dodatku udaje jej się utrzymać indywidualny tok studiów i stypendium za wyniki w nauce. W opiece nad dziećmi pomaga jej mama.
W wakacje dorabia. M.in. w płońskim biurze Danone'a.