Nikt nie pamięta już, jaka pogoda była 7 stycznia 1999 roku. Ale wszyscy z załogi pchacza barek "Łoś" zapamiętali, że dzień wcześniej, gdy dobijali do brzegu w porcie rzecznym na Wiśle w krakowskim Zabłociu, silnik stracił nagle moc. Próbowali cofnąć. Nie pomogło. Gdy zaczęli grzebać w maszynerii, najpierw poczuli straszny smród. Potem wyciągnęli spomiędzy łopat wielki płat skóry. - W pierwszym odruchu myśleliśmy, że to może fragment jakiegoś zwierzęcia. Dopóki nie został zauważony płatek ucha. To był tak jednoznaczny element człowieka, że nie było już wątpliwości. Ktoś ściągnął skórę niemal z całego tułowia... - dr Tomasz Konopka z Zakładu Medycyny Sądowej w
Krakowie, który badał na potrzeby śledztwa znalezisko z "Łosia", zawiesza głos.
Y. (prosi o anonimowość) był jednym z policjantów, który przyjechał, by obejrzeć to, co wyciągnięto ze śruby pchacza. - Pierwsze skojarzenie, jakie mi się nasunęło: polski Hannibal Lecter. Nie pomyliłem się.
Y. jest dziś oficerem krakowskiego Archiwum X, policyjnego zespołu tropiącego niewyjaśnione zbrodnie.
Córka nie wraca na noc Krakowska policja od 12 lat szuka mordercy, który zdjął skórę z ofiary. To jedna z najbardziej mrocznych i okrutnych zbrodni nie tylko w historii polskiej kryminalistyki. - Konsultant z FBI, z którym kontaktowaliśmy się w trakcie śledztwa, powiedział, że takiego przypadku nie mieli - podkreśla Y.
- Przejrzałem protokoły sekcyjne ze 130 lat. Takiej historii nie było - kręci głową dr Konopka.
Cała historia zaczyna się 12 listopada 1998 r. Matka Katarzyny Z., 23-letniej studentki religioznawstwa UJ, jest umówiona po południu z córką. Ale córka nie przychodzi, nie wraca na noc do domu. Matka zgłasza zaginięcie. Zaczyna szukać Kasi na własną rękę. Bez skutku.
- Mieliśmy kilka sygnałów, że widziano ją tu bądź tam, żaden się nie potwierdził - mówi Y.
Czy "Kuśnierz" powtórzy atak? Tydzień po wyciągnięciu skóry pracownicy stopnia wodnego na Dąbiu (niedaleko portu na Zabłociu) alarmują policję, że w kracie wyłapującej odpadki z Wisły tkwi ludzka noga. Lekarze układają skórę i nogę na stole sekcyjnym w sposób anatomiczny. - Pasowały do siebie, cięcia były prowadzone symetrycznie przez ramiona i kończyny dolne. Tego żadna
maszyna zrobić nie może - wspomina dr Konopka.
W komendzie wojewódzkiej powstaje zespół, który ma wytropić "Kuśnierza", bo tak zaczęli o nim mówić policjanci. Po fragmentach ciała domyślają się, że ofiarą może być
kobieta. Zaczyna się żmudne przeglądanie kartotek zaginionych, sprawdzanie mężczyzn mających na koncie napady na kobiety. Gazety piszą o "płaszczu z ludzkiej skóry". - Nie mamy do czynienia z seryjnym mordercą - uspokajają śledczy. Ale po cichu zastanawiają się, kiedy znowu uderzy.
To była studentka Kaśka O tym, że szczątki wyłowione z Wisły należą do 23-letniej Katarzyny Z., śledczy dowiadują się kilka miesięcy później dzięki badaniom DNA, jednym z pierwszych, jakie wtedy wykonano dla policji w Małopolsce.
Y. do dziś zastanawia się, dlaczego morderca wybrał właśnie Kasię. - W jej życiorysie nie było czegoś, co by w szczególny sposób narażało ją na atak.
Z fotografii uśmiecha się młoda kobieta o przeciętnej urodzie, nieco tęga, z lekko zadartym nosem. Wcześniej nosiła kruczoczarne włosy, ale niedługo przed zaginięciem przefarbowała się na blond. - Odtworzenie jej ostatnich dni powiodło się tylko w szczątkowy sposób - mówi Y. - Nie ułatwiał tego wąski krąg znajomych i strach, który nawet dziś paraliżuje ich przed rozmową.
Policjantom udaje się dowiedzieć, że pasją dziewczyny była
muzyka zespołu Greatful Dead. Kaśka często odwiedzała sklepy muzyczne, ale ten trop niczego nie daje.
Śledczy odkrywają też, że dziewczyna w ostatnich tygodniach przed zaginięciem nie przychodziła na uczelnię. Jaki był powód? Y. mówi, że nie do końca wiadomo. - Mogła po prostu nieświadomie znaleźć się nagle w nieodpowiednim miejscu. Była dobrym człowiekiem. Jak ktoś ją prosił o pomoc, nigdy nie odmawiała. Być może właśnie to mógł wykorzystać morderca w nawiązaniu kontaktu.
Tu "Siedem", tam "Milczenie owiec" Pół roku po znalezieniu skóry wydawało się już, że trafili na trop "Kuśnierza". W podkrakowskich Brzyczynach w rodzinie polskich imigrantów z Rosji Władimir W. zabił ojca, a z jego głowy ściągnął skórę. Uszył z niej maskę, którą nakładał potem na twarz i udawał ojca przed mieszkającym z nimi dziadkiem.
- Zatrzymaliśmy go na przystanku autobusowym. Powiedział, że chciał zrobić taką kontynuację filmu "Siedem". Tu mieliśmy "Siedem", tam "Milczenie owiec". Te historie zaczęły się zazębiać - wspomina Y. Na dodatek młody emigrant też studiował na UJ. Skończyło się jednak na tych podobieństwach. Y. dziś jest pewien, że Władimir W. nie miał nic wspólnego z zabójstwem Kaśki.