O pierwszej w nocy czasu lokalnego były senator Rick Santorum miał 29 968 głosów, czyli o cztery więcej niż były gubernator Massachusetts Mitt Romney. Brakowało wyników z jednej tylko komisji w hrabstwie Clinton w stanie Iowa, ale - jak donosiła
telewizja Fox News - przewodniczący tej niewielkiej komisji zaginął razem z kopertą z głosami.
Obserwatorzy Santoruma i Romneya, którzy wcześniej, zanim zniknął przewodniczący, obserwowali, jak liczył głosy, zgadzali się, że Romney miał ich o 18 więcej. W następnych godzinach przerachowano ponownie wszystkie głosy z 1774 komisji w całym stanie, łącznie z ostatnią (ciągle bez zaginionego przewodniczącego, ale w oparciu o zeznania obserwatorów), i okazało się, że Romney wygrał ośmioma głosami.
Delegaci ze stanu Iowa mają tylko 28 głosów - czyli nieco ponad 1 proc. - na konwencji partii republikańskiej, która latem wybierze rywala dla demokratycznego prezydenta Baracka Obamy. Wczorajsze głosowanie, które tradycyjnie od 1972 r. zaczyna amerykańskie prawybory, formalnie nie ma wielkiego znaczenia. W dodatku wcale nie jest powiedziane, że delegaci z Iowa zagłosują tak samo, jak zaleciło 120 tys. republikańskich wyborców, którzy przyszli we wtorek w nocy na partyjne wiece w całym stanie. Wyłonili oni delegatów dopiero na poziomie hrabstw, którzy dopiero za kilka miesięcy wybiorą 28 delegatów na konwencję. Może się okazać, że na konwencji zagłosują oni na kogoś zupełnie innego.
Cztery lata temu prawybory w Iowa wygrał Mick Huckabee, który potem odpadł z wyścigu. Delegaci z Iowa głosowali na konwencji na senatora Johna McCaina, który w ich stanie przegrał z kretesem, ale potem zdobył nominację prawicy.
Dlatego prawybory w Iowa są raczej rodzajem cyrku rozpoczynającego rok wyborczy lub, jak kto woli, ćwiczenia z demokracji bezpośredniej w stylu starożytnych Aten. Nie polegają na zwykłym głosowaniu, jak w Polsce czy innych krajach Europy. W całym stanie odbywają się wiece, których uczestnicy, zanim przystąpią do głosowania, debatują, kto powinien dostać partyjną nominację. Każdy z siódemki kandydatów miał na każdym z 1774 wieców swojego reprezentanta, który wykładał jego racje zebranym. Debata ma niebagatelne znaczenie, bo około jednej trzeciej uczestników wieców jest do ostatniej chwili niezdecydowanych.
Wszystko to jednak lepiej brzmi w teorii, niż wygląda w praktyce. W okręgu numer dwa w miasteczku Dubuque nad Missisipi, gdzie byłem we wtorek wieczorem, debata była niemrawa, przemawiali starsi panowie, którzy ględzili w nieskończoność i mieli kłopoty z dykcją i mikrofonem, dlatego często trudno było zrozumieć co mówią.
Dominowali ludzie starsi, który najtłumniej przychodzą na prawybory. Jedynymi żywszymi uczestnikami wiecu byli młodzi zwolennicy Rona Paula, libertarianina, który obiecuje znieść większość podatków, skończyć wojnę w Afganistanie i pozamykać wszystkie bazy wojskowe
USA na świecie. Ale po zliczeniu głosów czekało ich rozczarowanie: starzy przeważyli i zapewnili zwycięstwo Romneyowi. Ich faworyt Paul był trzeci z wynikiem jeszcze gorszym niż w całym stanie (ogólnie zdobył 26 tys. głosów, czyli 22 proc.). - Nie wierz nikomu po sześćdziesiątce! Z wyjątkiem Rona Paula oczywiście - mówiła mi ze śmiechem Katie, dziewczyna w koszulce firmowej swojego kandydata, na której cztery środkowe litery słowa REVOLUTION, od drugiej do piątej, są odwrócone i czytają się LOVE. Choć Ron Paul ma 76 lat, to wygrywa wszystkie sondaże w grupie wiekowej do 35 lat - gdyby głosowali młodzi, może mógłby być kandydatem Republikanów.
Ale ponieważ głosują też starzy, zostanie nim albo Romney, który obiecuje naprawić gospodarkę, albo Santorum, który obiecuje zapewnić opiekę amerykańskim rodzinom, krzewić tradycyjne wartości i nie dopuścić do ślubów gejów.