http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Republikanie biją się o Iowa

Mariusz Zawadzki, Dubuque - Cedar Falls - Des Moines
2012-01-04, ostatnia aktualizacja 2012-01-04 03:00

Multimilioner i były gubernator
Massachusetts Mitt Romney jeździ
po całym stanie, żeby zmotywować
zwolenników do głosowania
Multimilioner i były gubernator Massachusetts Mitt Romney jeździ po całym stanie, żeby zmotywować zwolenników do głosowania
Fot. BRIAN SNYDER REUTERS

W surowym magazynie przemysłowym w Dubuque w stanie Iowa widać, że kandydowanie na prezydenta USA to mordercza, fizyczna i niebezpieczna praca

Ron Paul, jeden z republikańskich kandydatów, podczas wyborczego spotkania z młodzieżą w Les Moines, Iowa, 3 stycznia 2012 r.
Fot. Eric Gay AP
Ron Paul, jeden z republikańskich kandydatów, podczas wyborczego spotkania z...
Mitt Romney, faworyt w wyścigu do nominacji Republikanów, stoi na podeście, a około dwustu ludzi dookoła niego. Po przemówieniu podpisuje tuziny plakatów, ściska ręce dziesiątkom zwolenników, poklepuje się z nimi, pozuje do zdjęć z dziewczynami i starszymi panami, setki razy rozpromienia twarz w sztucznym uśmiechu.

Za rok, jeśli Romney zostanie prezydentem, będą chroniły go setki agentów CIA, FBI itd. Ale teraz poza czterema ochroniarzami, którzy zostali daleko z tyłu, nie ma żadnego zabezpieczenia. Przy drzwiach do magazynu nie ma wykrywaczy metalu, nikt nie przeszukuje wchodzących. Można bez problemu przyjść np. z rewolwerem w kieszeni.

Trybunem nie jest

Między kolejnymi miastami stanu Iowa odległymi od siebie o setki mil Romney kursował w poniedziałek autobusem. Na każdym z pięciu wieców powtarzał ten sam wyuczony na pamięć monolog. Przedstawiał czterech synów (chłopaki na medal, każdy zabójczo przystojny, z kwadratową szczęką po ojcu). Piąty syn nie dojechał, jest lekarzem w szpitalu. Przedstawiał żonę Ann, efektowną i elokwentną blondynkę, i pięć razy powtarzał tę samą anegdotkę, jak poznał ją na przyjęciu w szkole. - Przyszła z kimś innym, ale wyjaśniłem temu koledze, że ja mieszkam dużo bliżej Ann, dlatego ja ją odwiozę - mówił. Są razem już 42 lata.

Potem pięć razy Romney powtarzał, w każdym miasteczku z identyczną intonacją głosu, że Barack Obama obiecał naprawić gospodarkę do końca pierwszej kadencji. W tym momencie przerywał i znacząco wtrącał: - Notabene, jego pierwszej i jedynej kadencji!

Po tym wtręcie tłum zawsze wiwatował. Romney promieniował optymizmem, ale na wiecach widać było jak na dłoni jego największą słabość. Mimo setek spotkań z wyborcami, które odbył w ostatnich miesiącach i cztery lata temu, kiedy pierwszy raz kandydował na prezydenta, nie potrafi wejść w kontakt z tłumem. Jego żywioł to miliony dolarów, którymi obracał w zaciszu gabinetów, i fotel szefa, menedżera albo gubernatora. Już nie opanuje roli trybuna. Wyuczone przemówienie wypowiada jak kiepski aktor, przesadnie gestykulując, jakby w obawie, czy zyska akceptację. Momentami jest tak sztuczny, że aż przykro patrzeć, jak się męczy.

Prezydent Obama, którego latem widziałem w akcji w miasteczkach w Karolinie Północnej, jest o kilka klas lepszym "wiecownikiem". Nawet kiedy prawi tłumom nieprzyzwoicie tanie komplementy, to potrafi zrobić to tak, żeby wyglądało naturalnie i sympatycznie. Nic dziwnego, że ciągle jest przez większość Amerykanów lubiany, nawet przez tych, którzy krytykują go za niemożność wyciągnięcia kraju z kryzysu.

Znacznie lepiej od Romneya radzi sobie też jego żona. Gdyby pożyczyła mężowi trochę naturalności i uroku, już mogliby planować przeprowadzkę do Białego Domu. Kandydat ściągnął ją do Iowa razem z synami, bo dość niespodziewanie okazało się, że ma szanse na zwycięstwo w tym stanie, który wcześniej spisywał na straty.

Jeśli coś przebiega nie według scenariusza, Romney się gubi. Wieczorem, na ostatnim wiecu w Des Moines, stolicy Iowa, grupka prowokatorów zaczęła skandować: - Koniec z wojnami!

Romney krytykował Obamę, że za wcześnie wycofał się z Iraku i przez to kraj ten może znów pogrążyć się w chaosie, a ofiara 4,5 tys. zabitych żołnierzy amerykańskich pójdzie na marne. Mówił też, że trzeba przygotować się na wojnę z Iranem, żeby powstrzymać jego program atomowy i bronić Izraela. Kiedy grupka chłopaków wykrzykiwała antywojenne hasła, Romney był zbity z tropu. Próbował pokryć zażenowanie przesadnie głośnym, perlistym śmiechem diwy operowej. Potem stwierdził tylko, że dobrze jest żyć w kraju, w którym każdy może swobodnie wygłaszać poglądy.

Za to świta Romneya radzi sobie doskonale. Senator John Thune w każdym miasteczku zapowiadał kandydata pewnym, triumfalnym okrzykiem: - Powitajmy następnego prezydenta Stanów Zjednoczonych Ameryki!

Nie ma krygowania się ani fałszywej skromności, otoczenie Romneya jest pewne zwycięstwa i tą pewnością zaraża tłumy.

- Zarobił miliony jako biznesmen. Uratował zimową olimpiadę w Salt Lake City, której groziło bankructwo, zanim został jej menedżerem. Był świetnym gubernatorem - wylicza mi zasługi Romneya John Walsh, który zasiada w stanowym senacie w Iowa. - Potrafi działać i osiągać zamierzone cele...

Młodzi z dziwakiem

Sto mil dalej i dwie godziny później, w miasteczku Cedar Falls, 76-letni Ron Paul powtarza dokładnie to samo, co mówi od 30 lat: - Rząd jest nie po to, żeby kontrolować obywatela, tylko żeby zapewnić mu wolność!

Paul zamierza odchudzić państwo, wprowadzić radykalne oszczędności, zaprzestać interwencji w gospodarce i zalegalizować narkotyki. Bo każdy wie, co dla niego najlepsze, a wojna z narkotykami pochłonęła miliardy i zakończyła się klęską; narkotyki dalej są powszechnie dostępne, mafie zbijają kokosy, a setki tysięcy dość przypadkowych ludzi siedzą w więzieniach, i dopiero tam zostają prawdziwymi kryminalistami.

Zlikwiduje też większość baz USA za granicą, m.in. w Europie, i wycofa żołnierzy z Afganistanu. - Mamy 15 bln długu i nie stać nas na światowe imperium! - mówi, a ludzie wiwatują.

Na wiecu Paula jest wyraźnie więcej młodych niż u Romneya. Radykalny, antywojenny program im odpowiada. - Cztery lata temu Obama obiecywał zmianę, i tak mu wierzyłam! Ale prawdziwą zrobi dopiero Ron Paul! - mówi mi podekscytowana Shelby, dziewczyna z kwiaciarni. Nie należy do Partii Republikańskiej, ale zapisze się do niej jutro, tylko po to, żeby zagłosować na Paula. Tak zamierza zrobić wielu młodych. - Tylko on jest wierny swoim ideom i nie uznaje żadnych kompromisów - tłumaczy Shelby.

To, co podoba się młodym, przeraża elity Partii Republikańskiej. Uważają one Paula za dziwaka, dotąd nieszkodliwego, ale teraz nagle niebezpiecznego, bo w czasach kryzysu jego hasła zyskały na atrakcyjności. Partyjni bonzowie mogą jednak odetchnąć, bo Paul pogrąża się sam. Chyba nie zależy mu na prezydenturze, jest raczej prorokiem, który promuje libertariańskie poglądy. Na jednym z wieców kobieta żaliła się ze łzami w oczach, że firma ubezpieczeniowa nie chciała jej ubezpieczyć, kiedy zgłosiła się do niej z rakiem piersi. - I słusznie. To tak jakby huragan zdmuchnął pani dom na Florydzie, a pani potem poszłaby go ubezpieczyć! - odpowiedział jej Paul.

Sto mil za Cedar Falls, i dwie godziny później, Rick Santorum przemawia w pizzerii na przedmieściach Des Moines. To najzacieklejszy wojownik tej kampanii. Nie ma pieniędzy na reklamy jak inni, ale odwiedził wszystkie 99 hrabstw stanu i odbył 380 spotkań z wyborcami. Wszędzie podkreślał, jak ważna jest rodzina i tradycyjne wartości, i że tylko on jest prawdziwym konserwatystą.

Jeszcze kilka tygodni temu na jedno jego spotkanie wyborcze nie przyszedł nikt, teraz nagle jego popularność eksplodowała. I oto stał się sensacją dnia: w pizzerii nie ma miejsca dla jego zwolenników, bo są tam dziesiątki telewizji i dziennikarzy. Skośnoocy korespondenci z Chin nagrywają go z telewizora dla klientów pizzerii, bo nie mogli przecisnąć się do sąsiedniej sali, gdzie wśród dziesiątek kamer przemawia nieco oszołomiony sukcesem kandydat. Ma nadzieję powtórzyć cud z 1976 r., gdy wygrał w Iowa niejaki Jimmy Carter, mało znany plantator orzeszków ziemnych i były gubernator stanu Georgia. Odbiło się to takim echem w całej Ameryce, że potem zdobył nominację Demokratów i prezydenturę.

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • 1 komentarz
  • Drukuj
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    10 głosów

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':