''Feministki mnie zabiją'' -
kokietuje w rozmowie z Agnieszką Kublik Ilona Łepkowska, która od kilkunastu lat swymi serialami rzeźbi mózgi Polaków i Polek. Wyrok śmierci byłby przesadą, należą się raczej cztery lata. Ale nie tam, gdzie myślicie, tylko w zawieszeniu - pod szklanym sufitem, w wygodnym hamaku dla lepszej kontemplacji.
Rok pierwszy - za zaprzeczanie istnieniu tegoż szklanego sufitu. Pani Ilona, jak wiele silnych bab, widzi świat przez pryzmat swego sukcesu. Znajduje w swoim otoczeniu kobiety producentki, kobiety scenarzystki, kobiety reżyserki, niektóre zresztą sama zatrudnia.
To wszystko prawda, ale nie zmienia to stanu rzeczy - wymiernego w liczbach zjawiska blokowania kobiecych karier, utrudniania awansu zawodowego. Część tych blokad weszła zresztą do kobiecych głów. ''Jak
kobieta będzie lepsza, to i tak to stanowisko dostanie'' - mówi Łepkowska. Więc proszę tytułem jednego z filmów Łepkowskiej:
''Nie kłam kochanie''.
Często się zdarza, że kobiety sukcesu, którym udało się tak wybić, zaprzeczają dyskryminacji swej płci. Margaret Thatcher z pewnością uznawała, że nie ma żadnych przeszkód, by kobieta stanęła na czele państwa (w czasie 11 lat jej rządów premierki były w Europie tylko dwie - w Norwegii i w dawnej Jugosławii), a Hanna Gronkiewicz-Waltz uważa za naturalne, że kobiety rządzą miastem (w dzisiejszej Polsce prezydentek miast jest ledwie siedem, prezydentów stu).
Kariera zawodowa jawi się kobietom sukcesu jako
''Barwy szczęścia''. Są dumne, że sobie poradziły (i słusznie), ale zaprzeczając dyskryminacji, blokują zmianę społeczną.
Drugi rok pod sufitem - za powtarzanie stereotypu, że feminizm chce zatrzeć różnice genderowe, czyli wprowadzić ogólny
''Galimatias'': z facetów zrobić kobiety i odwrotnie.
Feminizmy są różne. Jeden z głównych sporów w teorii i praktyce feministycznej opisuje się jako równość (kobiety są z gruntu takie same jak mężczyźni, mają te same możliwości, potrzeby, wrażliwość) kontra odmienność (kobiety są inne, specyficzne, wyjątkowe). Zwolenniczki równości są dumne z tego, że dzięki feminizmowi nie muszą już określać się jako ''kobiety'', wyznawczynie odmienności są dumne, że dzięki feminizmowi mogą nareszcie ujawnić swoją ''kobiecość''.
Nawiasem mówiąc, samej Łepkowskiej bliższa jest odmienność, bo uważa, że ''kobiety są lepszą częścią ludzkości''. Nie jest tylko jasne, dlaczego twierdzi, że wszystkie feministki są przeciwnego zdania.
Rok trzeci - za utrwalanie ulubionej w Polsce tezy mężczyzn, że genderowego równouprawnienia nie ma co przyspieszać ustawami, lepiej poczekać, aż zmiany przyjdą same. Chodzi o to, że może przyjdą
''Na dobre'' a może
''na złe''. Albo wcale nie przyjdą.
Kapitalny przykład to los ustawy kwotowej w ostatnich wyborach. Wszystkie partie, a jakże, zastosowały się do niej, umieszczając 35, a nawet więcej procent kobiet na listach. Ale tylko jedna - Platforma, osobistą decyzją lidera - wprowadziła dodatkową regułę: minimum jedna kobieta w pierwszej trójce na liście, minimum dwie w pierwszej piątce.
Efekt? W klubie PO jest równo 35 proc. kobiet, a w klubach lewicowych - mimo gadania o prawach kobiet - 16 proc. (SLD) i 12 proc. (Ruch Palikota). Bo ideały ideałami, a w polityce rządzi męski
''Klan'' i to klan tak ustalał kolejność na listach, żeby kolegów nie ukrzywdzić.
Czwarty rok pod szklanym sufitem należy się Łepkowskiej za diagnozowanie sytuacji kobiet na
rynku pracy. Uzasadnia różnice zarobków tym, że kobiety są mniej dyspozycyjne, bo wychowują
dzieci, które jako kobiety z natury bardziej kochają. Gdy ta
''M jak miłość'', czytaj: ''R jak rodzina'', wchodzi w konflikt z ''P jak praca'' lepiej poświęcić pracę: ''Gdybym zobaczyła, że poziom scenariuszy mojej scenarzystki z małymi dziećmi się obniża, tobym jej powiedziała, żeby sobie zrobiła przerwę w pracy () być może byłby to seksizm, ale tak bym zrobiła i wzięła kogoś innego na jej miejsce''.
To ma być recepta?
''Nigdy w życiu''! Łepkowska wypowiada się jak typowy polski pracodawca i, niestety, prawodawca. Jakby nie widziała, że stojąc wobec sprzeczności między rolą zawodową i rodzinną, Polki podejmują masowo fatalny wybór - nie rodzą dzieci i stąd dramatycznie niska dzietność.
Rozwiązaniem nie tylko sprawiedliwym, ale też sensownym dla naszej gospodarki i demografii jest wprowadzanie takich ułatwień dla kobiet, które pozwoliłyby im mieć dzieci, nie tracąc pracy. Może scenarzystka mogłaby np. przejść na trzy czwarte etatu?
Życie w Polsce pisze kobietom (a tym samym nam wszystkim) niedobre scenariusze. Jak widać, nawet świetnej scenarzystce może zabraknąć pomysłu, by je poprawić.