Aneta Augustyn: Jedziecie busem... Dariusz Gil*: Co sobotę. Prowadzą zakonnice, a z tyłu faceci z poważnymi wyrokami. Gadamy o polityce i więziennych grepsach, ale najwięcej o naszych dzieciach. Jesteśmy już prawie jak rodzina.
Ale kiedy pierwszy raz siostra Sylwia weszła do więzienia... - Była blada jak płótno. Uważała, że ci za kratami powinni siedzieć tam o suchym chlebie i do końca życia. A teraz, proszę, "moje chłopaki". Mawia, że z nami jak z zakonnicami - ciągle stereotypy. Że sami mordercy i same nawiedzone. Ja też myślałem, że zakonnice to takie, no, trochę inne kobiety. Teraz złego słowa nie dam o nich powiedzieć; trzeba hartu, żeby z taką pasją zajmować się dziećmi. Ile można wytrzymać widok dzieci, które nie rozumieją, co się do nich mówi, które wyłącznie leżą, z przepuklinami, z wodogłowiem, albo których mięśnie stopniowo zanikają?
To dla nich szył pan poduszki? - Od poduszek się zaczęło. W 2007 r. uszyłem ich 161, z kolorowych skrawków materiału i ze skórzanych ścinków. Te ze skóry były najtrudniejsze - trzeba owinąć plastrem grubą igłę, zamiast naparstka i najpierw ponakłuwać dziurki, zszyć te sztywne kawałki i wypychać gąbką. Pierwsze szyliśmy dla domu samotnej matki. Rok potem uszyłem kolejne 184. Szyłem, bo wtedy jeszcze miałem czas.
Teraz pan nie ma? Mam tyle pomysłów, a jeszcze codziennie praca w sądzie, gdzie robię za złotą rączkę. Kiedyś kuzyn, notabene po resocjalizacji, wspomniał, że w Jaszkotlu pod Wrocławiem zakonnice prowadzą ośrodek dla chorych dzieci i jest im nielekko. Czułem się specem od poduszek, to zadzwoniłem, a dyrektorka, siostra Sylwia na to, że z nieba jej spadłem, bo potrzebuje poduch do rehabilitacji. Więc zacząłem szyć rehabilitacyjne, choćby model jajko - wypełnia się worek do połowy, żeby
dziecko mogło usiąść pewnie w głębokim stabilnym siedzisku. A potem pomyślałem, że poduchy to za mało.
Tak zaczęła się pierwsza w kilkudziesięcioletniej historii zakładu karnego zbiórka wśród więźniów. - Poszedłem do szefa i mówię, że jest 60 dzieci, które są podwójnie pokrzywdzone - przez chorobę i rodziców, którzy je porzucili. Że trzeba im pomóc, a my mamy potencjał, który tkwi w chłopakach.
Poszedł pan, żeby zapunktować? - Tak, liczyłem, że będzie mi policzone, że może przedterminowe zwolnienie... Wiosną 2009 r. zaprojektowałem dwie skrzynie. Z drewna i metalu, na kłódki, z otworami, gdzie można wrzucać, ale wyjąć się nie da. Ustawiliśmy je w kantynie i w sali widzeń z informacją, że to dla dzieciaków.
Wrzucali? - Każdy z nas ma w więzieniu konto, a na nim żelazną kasę. To średnia krajowa pensja, której nie wolno ruszyć, bo jest na start po wyjściu. Jak się odliczy żelazną kwotę, to z tego, co zarobimy, zostaje stówa albo dwie. Bo bywa, że resztę zabiera komornik. Trzy razy w miesiącu możemy sobie kupić jogurt, puszkę tuńczyka,
makaron albo czekoladę. No i okazało się, że ludzie oddają te czekolady. Proszę, w zeszycie mam zapisane: na Dzień Dziecka w 2009 r. zebraliśmy 263 czekolady, 40 batonów, 28 paczek ciastek, 21 budyniów i kisieli, 19 paczek cukierków, 97 past do zębów, książkę i dwie
zupy w proszku. Zakonnice przyjechały po te pełne skrzynie do więzienia. Potem przysłały chłopkom podziękowania. To ich przekonało.
Był opór? - Nikt wcześniej nie robił w więzieniu takich akcji. Myśleli, że to podpucha jakaś. Kpili, że niby dlaczego nagle święci mają być. Zawsze brali, a tu trzeba dać. Obszedłem cele, mówiłem o tych dzieciach, że może byśmy pokazali inną twarz. Czasem słyszałem: "Cwaniak, kurwa, jesteś, myślisz, że po tym pójdziesz na wokandę?", a czasem któregoś tknęło. W końcu każdy ma jakieś sumienie, a oprócz tego bywa, że też własne dziecko, które nie widzi ojca. Jak przyszły podziękowania od zakonnic, sami zaczęli pytać, co jeszcze jest do zrobienia.
Tak powstała grupa Gila? - Tak na nas mówią; słyszałem też "święty", choć to z przekąsem raczej. Zwerbowałem dwudziestkę. Wystarczy hasło, jeden pstryk i już działamy. Zrobiliśmy sporo zbiórek w więzieniu, uszyliśmy dzieciakom plecaki. Ktoś zrobił wiatraczek, ktoś inny jeże z patyczków do szaszłyków, statki, samoloty z deseczek ze skrzynek po owocach, z zapałek...
Z chleba też? - Nie da się, chleb już nie ten. Kiedyś był taki, że piłki do ping-ponga można było z niego lepić. A dzisiaj wszystko się kruszy. Robimy z gliny.