2011 był na Białorusi rokiem kryzysu i drastycznego spadku dochodów. Jak podaje Białoruski Komitet Statystyczny, w listopadzie 2010 r. średnia płaca odpowiadała 471 dol., a obecnie 283 dol. Dlatego Białorusini szukają
pracy za granicą, przede wszystkim w Rosji.
36-letni budowniczy Dzmitryj Romanouski od lat jeździ tam do pracy. - W Rosji zarabia się więcej niż u nas, zazwyczaj od 600 do 1000 dol. na rękę podczas gdy na Białorusi za tę samą
pracę zarobisz maksimum 200 - mówi.
Rosja jest popularna bo nie potrzeba wizy, by tam pojechać, a umowa związkowa Mińska z Moskwą maksymalnie upraszcza formalności potrzebne do podjęcia pracy. Dlatego coraz więcej jest takich jak Dzmitryj, którzy widzą dla siebie szansę w pracy w Rosji.
Dokładnej liczby Białorusinów, którzy podjęli
pracę za granicą, nikt nie zna, ale odpływ pracowników z kraju zauważa państwowa statystyka. Według Białoruskiego Komitetu Statystycznego między styczniem a listopadem 2011 r. liczba osób zatrudnionych w budownictwie wynosiła 97 tys., a zwolnionych 130 tys. Oznacza to, że ponad 30 tys. pracowników "znikło". Podobnie jest w rolnictwie (ubyło ponad 8 tys. ludzi), przemyśle (ponad 10 tys.), transporcie (ponad 5 tys.). Większość z nich podjęła pracę za granicą.
Problem staje się istotny skoro zwrócił nań uwagę sam Aleksander Łukaszenka. Jeszcze latem, kiedy rozpoczęły się masowe zwolnienia pracowników chcących jechać do Rosji, oświadczył, że podobne zachowania są naganne i zapowiedział retorsje wobec uciekinierów.
- Powinniśmy powiedzieć uciekinierom: jeśli nie pomagasz państwu, nie płacisz podatków, powinieneś płacić za opiekę medyczną i 100 proc. za usługi komunalne. Wtedy taki człowiek tysiąc razy pomyśli, zanim zdecyduje się wyjechać - mówił Łukaszenka.
Komitet Kontroli Państwowej zastanawia się, jak zatrzymać proces masowej emigracji zarobkowej. Na razie urzędnicy wymyślili jedynie ograniczenie możliwości zwolnienia pracownika na własne życzenie.
- Powstało rozporządzenie, które zakazuje kierownictwu zakładów pracy przyjmowania rezygnacji zatrudnionych - mówi "Gazecie" jeden z grodzieńskich urzędników. Osoba, która się uprze, może zostać zwolniona dyscyplinarnie, a to oznacza zapis w książeczce pracy i trudności, jeśli ktoś chciałby w przyszłości powrócić do państwowej firmy.
- Jeżeli płace w Rosji wciąż będą parokrotnie wyższe niż na Białorusi, to żadna siła administracyjna nie powstrzyma wyjazdów. Problem będzie narastał, a władze nie mają pomysłu jak go rozwiązać - mówi ekonomista Jarosław Romańczuk.