W Łodzi pierwszym pokoleniem, które masowo popadło w ubóstwo, były włókniarki. W latach 90., gdy likwidowano zakłady włókiennicze, tysiące kobiet traciło pracę. - Przy tkackiej maszynie spędziły całe życie. Nie potrafiły nic innego. Nie dostały odpraw jak górnicy czy hutnicy. Nie było jeszcze unijnych programów czy kursów pozwalających znaleźć nowe zajęcie - mówi socjolog Bogdan Jankowski.
Ale włókniarki można było jeszcze z biedy wyleczyć, potrafiły i chciały pracować. Ich dzieciom pomóc trudniej.
Dzieci, które spotyka na co dzień Iza Kołecka z fundacji Opoka, to już wnuki włókniarek. Opoka prowadzi świetlicę w łódzkim śródmieściu, jednej z największych w Polsce enklaw biedy. Dzieci dostają tam obiady, mogą odrobić lekcje. Jest darmowy psycholog, prawnik, lekarz, warsztaty dla matek.
- Ale - mówi Iza Kołecka - jest też mnóstwo pretensji.
- To nowe zjawisko, z którym nie możemy sobie poradzić: "Jestem biedny, dlatego mi się należy". Coraz częściej przychodzą tu ludzie, którzy żądają - opowiada. - Pytają o paczki, są wściekli, gdy prawnik nie przyjmuje ich od ręki, tylko trzeba przyjść drugi raz. Wyliczyłam, że aż 80 procent moich dorosłych podopiecznych ma postawę roszczeniową. I przekazują to dzieciom. Nawet kilkulatek, który w domu je tylko chleb z wodą i cukrem, w świetlicy potrafi tupnąć ze złości: "Jak to, do cholery, nie ma dziś szynki?".
Opoka organizuje kolonie. Rodzice nie płacą złotówki. Kołecka: - Jeszcze nie usłyszałam: "dziękuję". Były za to telefony, że dzieci na koloniach się nudzą! Że za mało atrakcji.
Do innej świetlicy w łódzkim śródmieściu - Świetlicy Podwórkowej - zapisanych jest ponad 50 osób. Na co dzień przychodzi około 20. Ale w okolicach świąt pęka w szwach. - Dzieci przychodzą tylko dlatego, że mogą dostać paczkę, albo wtedy, gdy szykuje się wyjazd na darmowe kolonie - mówi pedagog Marta Skąpska. - Już najmłodsi głośno mówią: "Mnie się należy"
Lepiej z biedy nie wychodzić Łódzka bieda to często
mieszkania skromne, ale czyste. Dzieci nie chodzą głodne, najstarsze ma nawet komórkę, a w stołowym pokoju wisi plazma. - Ale czasem to siedem osób w jednej izbie, fekalia w reklamówce, bo nie ma toalety,pies przywiązany do pieca za nogę na obiad, półnagie
niemowlę na gazecie zastępującej pieluchę. Gdyby mi ktoś o tym opowiadał, nie uwierzyłabym - mówi Kołecka. - Ale chodzę po tych domach i to widzę. Trafiają do nas kilkuletnie dzieci, które nie umieją mówić, bo w domu nikt do nich nie mówi. Gruźlica, świerzb, wszawica. Rodzice nie myją dzieci, nie chodzą z nimi do lekarza, nawet nie przytulają. Ale liczyć umieją.
- W kalkulacjach są świetni - potwierdza Sylwester Janek, który kilka lat temu założył Świetlicę Podwórkową, a swoich podopiecznych wyciągał z bram sypiących się kamienic. - Znają swoje prawa, każdą nowinkę, która może wpłynąć na ich materialną sytuację. Jeśli pojawi się najmniejsza zmiana w wysokości świadczeń albo w progach dochodowych, wiedzą to szybciej niż ja. Zdarza się, że pracownik socjalny dopiero się z nowymi przepisami zapoznaje, a podopieczny wręcza mu gotowy formularz ściągnięty z internetu. I gdy ten podopieczny zaczyna wyliczać, czy opłaca mu się podjąć pracę, wychodzi, że nie. Bierze zasiłek z MOPS-u i dalej pracuje na czarno, bo rezygnacja z zasiłku i legalna praca za minimalną stawkę się nie kalkulują.
Iza Kołecka przejęła się losem bezrobotnego mężczyzny i znalazła mu pracę. A nie było to proste: skończył tylko podstawówkę, zaglądał do kieliszka. Praca miała być na budowie - 1200 zł na rękę. - Odmówił i jeszcze się obraził, że tak mało.
W 2010 miała ich 33 646, a w pierwszej połowie 2011 - już 24 289. Klient, który nie pracuje albo zarabia bardzo mało (dochód na osobę w rodzinie nie przekracza 351 zł), dostaje średnio 368 zł miesięcznie. To zasiłek stały. Oprócz tego są zasiłki dla bezrobotnych lub niepełnosprawnych przyznawane do czasu poprawienia się ich sytuacji, tzw. okresowe. Wynoszą 213 zł. Każdy klient może się też ubiegać o zasiłek celowy - na zakup opału, leków czy podręczników. "Celówka" to średnio 200 zł. Można o nią występować regularnie co miesiąc, tłumacząc, że we wrześniu potrzebne są książki dla dziecka, a w październiku węgiel.
Niski dochód nie jest jedynym warunkiem zasiłku. Trzeba spełnić jeszcze drugi. - Może nim być ubóstwo,
bezrobocie, niezaradność, sieroctwo czy potrzeba ochrony macierzyństwa - cytuje ustawę Elżbieta Jaszczak, wicedyrektorka łódzkiego MOPS-u. Skalę ubóstwa bądź niezaradności ocenia pracownik socjalny, który odwiedza klienta w domu. Jeden zasiłek nie wyklucza drugiego. W "sprzyjających" okolicznościach z opieki można wyciągnąć prawie 800 złotych co miesiąc. Nie licząc darmowych kolonii, paczek, obiadów, szkolnej wyprawki czy refundowanej opieki w przedszkolu.
W zeszłym roku w Łodzi na wszystkie świadczenia poszło ponad 62 mln zł.
- Do zasiłków ojciec dorobi na czarno. Sprawdza się też metoda ograniczania potrzeb: "Brakuje pieniędzy, więc nie zapłacę za mieszkanie", "Mam dzieci, więc na bruk mnie nie wyrzucą". A legalna praca to ryzyko, bo wtedy traci się prawo do zasiłków. Poza tym dziś jest, jutro jej nie ma, a pensje są na poziomie tysiąca złotych. Lepiej więc z biedy nie wychodzić. To strategia na przetrwanie przekazywana kolejnym pokoleniom - mówi Bogdan Jankowski, który przez lata był pracownikiem socjalnym.
"Zasiłki teraz to rutyna" Maria ma 56 lat, 14-letniego wnuka pod opieką i ośmioro dzieci. Wszystkie dorosłe, tylko jedno pracuje legalnie. Inne dorywczo albo "korzystają z opieki". Maria pracowała tylko kilka lat, przy produkcji pończoch w łódzkim Feniksie. Zwolniła się 30 lat temu, gdy urodziła trzecie
dziecko. Mąż pracował w zakładach dziewiarskich. Potem malował mieszkania. Pracy było mniej, a jak w1990 roku na świat przyszło ósme dziecko, to zabrakło pieniędzy. Maria poszła do opieki: - Odwlekałam ten moment, bo wstydziłam się.
Od 21 lat jej rodzina jest uzależniona od zasiłków. Mąż zmarł, gdy najmłodsza córka miała dwa lata. - Miałam depresję, wpadłam w alkoholizm - mówi Maria. Chociaż od dziewięciu lat nie pije, nie udało jej się wyjść z biedy.
- Z opieki dostaję 200 złotych okresówki, a od miasta 261 złotych zasiłku rodzinnego i za samotne wychowanie wnuka. Do tego jeszcze 150 złotych "celówki" na dożywianie. Razem ponad 600 złotych - wylicza. Jak oszczędza? Nie płaci za mieszkanie, które zajmuje z wnukiem, synem, jego konkubiną i dwójką ich dzieci. Z tego powodu ma eksmisję z prywatnej kamienicy do lokalu socjalnego. - Od razu zaznaczyłam, że jeśli eksmisja, to tylko do lokalu od miasta. Prywaciarz dałby komórkę, a miasto musi mieszkanie odremontować, wymalować.
Przez ostatnie dwadzieścia lat Maria przepracowała kilka miesięcy. Sprzątała w Tesco. W nocy. Wolałaby w dzień, ale musiała podjąć pracę, bo znalazł ją pośredniak. Dostała 900 złotych na rękę, ale straciła prawo do zasiłku i darmowej opieki medycznej. Dlatego dziś pracy nie szuka i już się nie wstydzi: - Zasiłki teraz to rutyna.