http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Przychodzi do lekarza i krzyczy

Anna Twardowska
2011-12-28, ostatnia aktualizacja 2011-12-27 18:00

Za agresywne zachowanie i wszczynanie awantur pacjenci bydgoskiej przychodni będą skreślani z listy jej klientów

Przychodnia
Fot. Dominik Sadowski / Agencja Gazeta
Przychodnia
ZOBACZ TAKŻE
Taką informację wywiesiła w poczekalni przychodni Szwederowo w Bydgoszczy jej szefowa Danuta Wdowiak. W ostatnim czasie coraz częściej ma do czynienia z tzw. trudnymi pacjentami. - Tak źle jeszcze nie było - wzdycha. - Chorzy przestraszyli się, że od nowego roku będą musieli płacić 100 procent za swoje leki. Przychodzą do nas i chcą, żebyśmy wypisywali im recepty na zapas. A ja mogę co najwyżej wypisać leki na trzy miesiące dla przewlekle chorych. Pacjenci idą więc za kilka dni do następnego lekarza, a gdy ten odmawia wypisania kolejnej recepty, zaczynają się awanturować.

Wyzwiska, walenie kulą ortopedyczną w drzwi - tak kończą się niektóre wizyty. Wdowiak podkreśla, że nie ma zamiaru skreślać z listy pacjentów osób, u których takie zachowanie jest incydentalne. - Człowiek chory bywa niecierpliwy i rozumiemy to. Ale są tacy, którzy wyładowują na nas agresję z powodu długich kolejek do specjalistów, utrudnionego dostępu do badań, złego systemu, nowych ustaw wchodzących w życie - wylicza.

Oddział NFZ w Bydgoszczy nie interweniuje, bo nikt nie złożył skargi na działanie przychodni.

- Zależało nam, aby pacjenci mieli świadomość, że naszym narzędziem obrony jest ustawa o zawodzie lekarza. Art. 38 pozwala na odstąpienie od leczenia, jeżeli istnieją ku temu poważne powody. Naszym zdaniem agresja jest takim powodem - wyjaśnia Wdowiak.

Awanturujący się pacjenci nie wyjdą jednak z przychodni bez pomocy medycznej. Lekarz musi takiej udzielić, a jeśli zapadnie decyzja o skreśleniu z listy, wskazać inne przychodnie, gdzie chory może się zapisać. Na razie takiej konieczności nie było.

- Od czasu, gdy wywiesiliśmy tę informację, chorzy są jakby spokojniejsi - zauważa Wdowiak.

Na internetowej stronie Naczelnej Izby Lekarskiej można zgłaszać agresywne zachowania pacjentów. Izba powołała okręgowych rzeczników, którzy mają pomagać "atakowanym" lekarzom. W planach są szkolenia dla personelu medycznego, aby potrafił reagować w takich sytuacjach.

Jaka jest skala zjawiska? W Kujawsko-Pomorskiem badano przemoc wobec personelu w szpitalnych oddziałach ratunkowych. W badaniach prowadzonych dwa lata temu wzięło udział ponad 200 osób: lekarzy, ratowników i pielęgniarek. 87 proc. przyznało, że było świadkami przemocy, a 64 proc. doświadczyło jej osobiście.

- SOR to miejsce szczególne. W pierwszej kolejności są tutaj zaopatrywane osoby, których życie jest zagrożone, pozostali muszą czekać. Im dłużej tkwią w kolejce, tym poziom agresji rośnie - tłumaczy prof. Jacek Klawe, kierownik katedry i zakładu higieny i epidemiologii Collegium Medicum UMK w Bydgoszczy, współautor badań.

- Jesteśmy agresywni w komunikacji publicznej, w marketach jeździmy wózkami po nogach innych, trudno więc się spodziewać, że w przychodni czy szpitalu, będziemy zachowywać się inaczej - mówi prof. Jacek Hołówka z Zakładu Filozofii Analitycznej Uniwersytetu Warszawskiego. - Chory wyżywa się na lekarzu, bo nawet jeśli nic to nie da, to przynajmniej zepsuje mu humor. Wyjściem tutaj jest faktycznie przeniesienie krewkiego pacjenta do odległej przychodni. Tak jak za karę przenosi się ucznia do innej szkoły.

Profesor zwraca jednak uwagę, że zachowanie niektórych chorych jest uzasadnione: - Gubią się w systemie, nie nadążają za wprowadzanymi zmianami, stąd ich rozsierdzenie.



 

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • 6 komentarzy
  • Drukuj
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    7 głosów

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':