W "Gazecie Wyborczej" z 8 grudnia ukazała się polemika z listem otwartym, jaki wystosowałem do p. minister szkolnictwa wyższego i nauki prof. Barbary Kudryckiej. Psychologowie społeczni prof. Maria Lewicka oraz dr Michał Bilewicz wytoczyli w swoim tekście zaiste ciężkie działa, co ciekawe - polemizując z tekstem, którego czytelnicy "Gazety" zapewne nie znali, przytaczając wyrywkowe jego fragmenty i sprawiając, że sami jego sygnatariusze ze zdumienia przecierali oczy, gdyż pod tak przedstawionym listem zapewne nigdy by się nie podpisali. Z artykułu można dowiedzieć się, że twórca listu otwartego "wyraża jednoznacznie postulat zamknięcia polskich nauk społecznych w ciasne ramy języka narodowego i naszych rodzimych wydawnictw", opowiada się po stronie "nacjonalizmu akademickiego", a także broni "mizernego status quo polskich nauk społecznych".
W naszym liście opowiadamy się - mówimy tu w imieniu pierwszych sygnatariuszy - jedynie za należytym traktowaniem dorobku naukowego pisanego w języku polskim, nikomu nie broniąc i nie zniechęcając do publikowania po angielsku (w dowolnym innym języku zresztą też). Zwracamy uwagę, że istnieją tematy i problemy, które z istoty swojej należy uznać przede wszystkim za interesujące dla rodzimych czytelników; obejmują one przy tym poważny obszar refleksji w naukach humanistycznych i społecznych, czego ministerstwo - zafascynowane wizją jednorodnego modelu nauki (utrzymanej w duchu matematyczno-przyrodniczym; sami matematycy rozumieją zresztą nasze problemy lepiej niż polemiści-psycholodzy) - zdaje się nie dostrzegać. Jesteśmy w istocie za polifoniczną wizją uprawiania nauki, bo taki właśnie - wielogłosowy - jest świat. Publikowanie po polsku nie musi być ze swej istoty gorsze od publikowania po angielsku, jakość publikacji ocenia się według innych kryteriów (tę uwagę dedykujemy zwłaszcza panu dr. Bilewiczowi, jako specjaliście od uprzedzeń społecznych). Mamy nadzieję, że nasz list wywoła merytoryczną dyskusję nad specyfiką uprawianych dyscyplin naukowych i miarodajnych sposobów oceny dorobku.
Pisząc o "neokolonializmie akademickim", nie mieliśmy na myśli odrzucenia publikacji w języku angielskim i zamknięcia się w ciasnych ramach języka narodowego, ale znacznie bardziej skomplikowane strategie uznania tego, co w świecie współczesnym liczy się jako WIEDZA NAUKOWA i to, co z niej się wyklucza. Nie z tego powodu, że nie jest opakowane w papier "lingua franca", ale raczej dlatego, że nie mieści się w niejednokrotnie przyciasnych ramach anglo-amerykocentrycznej akademii. Przykłady można by mnożyć i problem nie dotyczy tylko nas, przedstawicieli nauk humanistyczno-społecznych z Polski, a zatem problem to nie narodowy, ale o globalnym zasięgu. Być może jest to kwestia odrębności dyscyplin, które reprezentujemy, a o której różnorodności nasi szacowni polemiści zapominają. Na znacznie więcej trudności narażeni są przedstawiciele nauk humanistycznych próbujący opublikować swoje teksty w wysoko punktowanych czasopismach niż przedstawiciele nauk ścisłych czy w psychologii, W takich tekstach trzeba wtedy tłumaczyć cały kontekst. Niejednokrotnie czasopisma anglojęzyczne odrzucają teksty, ponieważ ów kontekst nie jest wyjaśniany za pomocą anglojęzycznych tekstów na ten temat, ale przez przywołanie nieznanych angielskiemu czytelnikowi (i recenzentowi) publikacji lokalnych, mimo iż są one znacznie lepsze. Przykład z polskiego podwórka (i własnego doświadczenia): nie można pisać o polskim feminizmie czy feminizmie w Europie Środkowo-Wschodniej bez przywołania książki Barbary Einhorn "Cinderella Goes to the Market". To nic, że są inne lokalnie pisane teksty, lepsze. Czytelnik anglojęzyczny musi dostać to, co już czytał albo może przeczytać u bardziej wiarygodnych rodzimych autorów. Osobnej dyskusji wymaga jeszcze kwestia dostępności tych tekstów u nas, co też bywa dość dużym problemem, warunków
pracy na zachodnich uniwersytetach, wzajemnych sieci współpracy, etc. Brytyjscy czy amerykańscy naukowcy, którzy stanowią większość publikujących w wysoko punktowanych czasopismach, piszą w języku macierzystym, a sposobów pisania uczą się od dziecka. Znajdują też subtelne sposoby, by zwiększyć własną cytowalność, np. cytując się nawzajem jak najczęściej, etc. Naukowcy z innych krajów z odrębną logiką wypowiedzi często nie zyskują uznania właśnie z tego powodu. Trudniej im się przebić, bo nikt ich nie cytował i nie czytał, bo nie mają monografii po angielsku. I tak koło się zamyka. Ciekawe, że tak niewielu tych, którym się udało, potrafili wymienić nasi polemiści. A i te przykłady można łatwo zakwestionować z innych względów, o czym niżej.
Prof. Lewicka oraz dr Bilewicz ulegają szlachetnemu, ale naiwnemu złudzeniu, że język wypowiedzi naukowej jest przezroczystym i neutralnym medium, które pozwala dotrzeć do Prawdy. Tymczasem język służy nie tylko do liczenia kopców, ale także ich usypywania: Stefan Czarnowski, Stanisław Ossowski, Jan Strzelecki, Antoni Kępiński (by poprzestać na kilku nazwiskach) nie tylko mierzyli się z problemami naukowymi, ale poszerzali pole polskiej kultury. Mieli, przy wielu nieszczęściach, niewątpliwe szczęście, że ich dorobek nie był oceniany na podstawie publikacji w "renomowanych czasopismach anglojęzycznych"; że nie słyszeli o liście filadelfijskiej; nie musieli protestować przynajmniej przeciwko absurdalnym decyzjom urzędników od czasu do czasu udrapowanych w akademickie togi.
Co przykład przytaczany przez naszych polemistów, to strzał kulą w płot. Bronisław Malinowski pisał swoje wielkie monografie po angielsku, bo był antropologiem brytyjskim. Florian Znaniecki napisał "Chłopa polskiego w Europie i Ameryce" nie sam (być może psychologowie tego nie wiedzą), lecz z wybitnym socjologiem Williamem Thomasem. W jakim więc języku mieli pisać swoje monumentalne dzieło? Po mandaryńsku? Alfred Tarski, nawet gdy zmienił nazwisko (urodził się jako Alfred Tajtelbaum), doznał licznych upokorzeń, próbując robić karierę na Uniwersytecie Warszawskim (specjalista od uprzedzeń miałby tu znów coś do powiedzenia), by w 1939 roku wyjechać do Stanów Zjednoczonych. Wykładając na Harvardzie, w Princeton i Berkeley, w jakim języku - zapytajmy raz jeszcze - miał pisać?
I wreszcie ostatnia kwestia: prof. Lewicką i dr. Bilewicza zdumiewa, że pod listem otwartym podpisało się "tak wielu wybitnych polskich uczonych" (z pewnością "akademickich nacjonalistów" i obrońców mizerii rodzimej humanistyki). Dlaczego? Uprzejmie wyjaśniamy tę zagadkę. W przeciwieństwie do Polemistów przeczytali list otwarty ze zrozumieniem. A wydawałoby się, że odwołania do Tarskiego i Ajdukiewicza do czegoś zobowiązują.