http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Rzeczy już mu nie będą potrzebne

Rozmawiał Maciej Drzewicki, Gazeta Wyborcza Gdańsk
2011-12-27, ostatnia aktualizacja 2011-12-27 12:25

Chustka z listem pożegnalnym Bolesława Wnuka do rodziny będzie jednym z eksponatów powstającego w Gdańsku Muzeum II Wojny Światowej. Przekazała ją w depozyt rodzina prof. Wnuka
Chustka z listem pożegnalnym Bolesława Wnuka do rodziny będzie jednym z eksponatów powstającego w Gdańsku Muzeum II Wojny Światowej. Przekazała ją w depozyt rodzina prof. Wnuka
Fot. Renata Dąbrowska / Agencja Gazeta

Dziadek wrócił bardzo przybity. Pewnie właśnie wtedy powiedziano mu, że dostaje czapę - opowiada prof. Rafał Wnuk*

ZOBACZ TAKŻE
Maciej Drzewicki: Dlaczego został pan historykiem?

Rafał Wnuk: Cóż, pewnie nie bez znaczenia było to, że wychowywałem się w domu, który historia w jakiś sposób dotknęła. Jedno z moich pierwszych wspomnień "historycznych" pochodzi z końca lat 70., gdy miałem ok. dziesięciu lat.

Tata zaczął prywatną wojnę o kształt symbolicznego grobu mojego dziadka i jego brata. Ufundowali go moi rodzice. Na pomniku widniał napis: "Bolesław Wnuk, poseł na Sejm RP, zabity na Zamku Lubelskim, Jakub Wnuk zabity w Katyniu - obaj zginęli z rąk wrogów ojczyzny". Wokół tego napisu powstał jakiś szum, komuś to się nie spodobało.

Nie pamiętam szczegółów, ale na swój sposób ta sprawa i mnie wciągała, wywoływała zainteresowanie rodzinną historią. Na tym samym cmentarzu jest zresztą jeszcze inna mogiła, nazywana powszechnie Grobem Harcerza, z którą wiąże się ciekawa historia. To chłopak, który zginął w 1920 r., gdy Zamość obległa armia Budionnego...

Zamiast zgodnie z rozkazem Tuchaczewskiego iść na Warszawę?

- To dokładnie ten moment. Ranny chłopak znalazł się na podwórku gospodarza Wiktora Szpryngiera. Czerwonoarmiści wpadli za nim. Chłopak prosił, by go nie zabijali, ale oni zakłuli go bagnetami. Wszystko na oczach tego gospodarza. I on później pochował młodego żołnierza na cmentarzu, a grób opatrzył tabliczką: "Tu leży J. Kossowski 17-letni harcerz zamordowany bestialsko przez bolszewików". Tablica co jakiś czas znikała, ale ten gospodarz, a potem jego córka uparcie wywieszali kolejne. Zawsze na tym grobie na Wszystkich Świętych stawiało się świeczki.

W pana domu dużo mówiło się o historii?

- O tak, ta tematyka była zawsze mocno u nas obecna. Już sama historia mojej rodzinnej wsi - Wysokie pod Zamościem - jest frapująca. To była miejscowość wielonarodowościowa i wielowyznaniowa. Obok siebie żyli tam Żydzi, Ukraińcy, Polacy i potomkowie niemieckich kolonizatorów z końca XVIII wieku. Jako jedna z pierwszych padła ofiarą akcji wysiedleńczej na terenie Generalnej Guberni - już w listopadzie 1941 r.

Wcześniej, w czerwcu 1940 r., hitlerowcy rozstrzelali pana dziadka Bolesława Wnuka. Na kilka dni przed śmiercią napisał na chuście krótki list pożegnalny. Kiedy poznał pan tę historię?

- O tym, że dziadka zabili Niemcy, wiedziałem "od zawsze". A historię tego grypsu poznałem gdzieś w podstawówce, może w piątej klasie. To była - nadal jest - rodzinna relikwia. Tata (rocznik 1937) był jedynym synem dziadka Bolka, miał dwie starsze siostry, ale babcia zdecydowała, że tę pamiątkę przekaże synowi.

Któregoś dnia oboje rodzice zawołali mnie, pokazali tę chustę i opowiedzieli jej historię. "Kochana Żono, Niunisiu, Laluniu, Grzesiu, Matko, Siostry, Szwagry, Krewni, Znajomi, dziś zostaję rozstrzelany przez władze niemieckie. Ginę za ojczyznę z uśmiechem na ustach, lecz ginę niewinny. Za krew niech Bóg zapłaci przekleństwem wiecznym podłym łotrom. Twój Bolek". Przyznam, że poczułem mrowienie na plecach, gdy po raz pierwszy przeczytałem te słowa.

Dlaczego dziadek został aresztowany?

- W największym skrócie: przez życiorys. Dziadek Bolek stracił swojego ojca, mając 16 lat i jako najstarszy mężczyzna w rodzinie musiał przejąć gospodarstwo, szybko dojrzeć. Skończył tylko cztery klasy, ale był samoukiem. Jeszcze przed I wojną światową zaangażował się w ruch niepodległościowy. Był w gminie Wysokie twórcą i dowódcą Polskiej Organizacji Wojskowej. W 1920 r. zgłosił się na ochotnika do wojska. Walczył z bolszewikami, choć z tego, co wiem, dość szybko został wycofany z frontu z nowym zadaniem - jako że był bardzo dobrym mówcą, jeździł od wsi do wsi i nawoływał do wstępowania do wojska.

Został takim wojskowym propagandzistą, dziś nazwalibyśmy go PR-owcem. Po powrocie na gospodarstwo działał w ruchu ludowym. Został wójtem gminy Wysokie, wybudował szkołę, ośrodek zdrowia. W końcu rozszedł się z ruchem ludowym, bo jednocześnie "od zawsze" był piłsudczykiem. Współtworzył BBWR, potem wylądował w Obozie Zjednoczenia Narodowego. I jako członek OZN został wybrany do Sejmu ostatniej, jak się okazało, kadencji.

Dziadka aresztowali już w październiku 1939 r. Został wystawiony Niemcom przez Ukraińców, działaczy OUN - to przecież było pogranicze. Znalazł się w więzieniu w Zamościu, potem na rotundzie zamojskiej, w końcu w więzieniu na Zamku Lubelskim. Siedział w tzw. celi sejmowej, z jeszcze kilkoma posłami. Został rozstrzelany jako jeden z pierwszych.

Był męczony w śledztwie?

- Widziałem teczkę dziadka. Jakieś tam śledztwo było, przesłuchania. Ale raczej nie brutalne. Mam pewne informacje od współwięźniów, niektórzy przeżyli. Szczególnie cenne z pamiętnika przedwojennego dyrektora Liceum Zamojskiego Millera, który po kilku miesiącach został wypuszczony - pewnie ze względu na nazwisko. Wiem np., że dziadek w więzieniu mył dużo naczyń - to była jego funkcja. Poza tym w dzienniku Millera jest notatka po jednym przesłuchaniu: "Wnuk wrócił bardzo przybity". Domyślam się, że właśnie wtedy powiedziano mu, że dostaje czapę.

Rodzina miała jakiś kontakt z uwięzionym mężem i ojcem?

- Kontakty były, choć nie potrafię powiedzieć, jak intensywne. Na Zamku Lubelskim została kadra więzienna przedwojenna i to byli bardzo przyzwoici ludzie. Umożliwiali np. kontakty listowne. Rodzina podjęła próbę wykupienia dziadka. Gromadzili kosztowności, pieniądze. Przerwali po otrzymaniu telegramu od jednego ze strażników z Lublina: "Rzeczy już niepotrzebne". To był sygnał, że dziadek zginął. Ten sam strażnik przekazał później babci chustę z ostatnim listem od męża.

Babcia kiedyś opowiedziała mi - to jedno z niewielu wspomnień, które nam przekazała, nie była wylewna - jak dwa-trzy dni po rozstrzelaniu dziadka pojechała na miejsce kaźni w Lublinie. Tam grób pomordowanych jest zresztą do dziś, choć to teraz już środek miasta. Była tam bardzo wcześnie rano i zobaczyła, że w świeżo usypaną ziemię ktoś powtykał biało-czerwone chorągiewki. Jakaś grupa konspiracyjna? Nie wiemy kto, ale to było dla niej bardzo ważne. Wiele lat później babcia opowiadała o tym ze ściśniętym gardłem.

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • 1 komentarz
  • Drukuj
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    6 głosów

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':