- Jest nas tu dziś wystarczająco dużo, by wziąć Kreml i Biały Dom [siedzibę rządu] - wołał w sobotę z trybuny Aleksiej Nawalny, znany bloger walczący z korupcją. Wiecujący ludzie wstrzymali oddech. - Ale my jesteśmy ludźmi pokojowymi i tego nie zrobimy. Na razie. Jeśli jednak nie oddadzą nam naszych ukradzionych głosów i wyborów, sami je sobie weźmiemy - dodał Nawalny wypuszczony właśnie po krótkiej karze aresztu. Obiecał, że "następnym razem wyprowadzi na ulice Moskwy milion ludzi".
Ten tłum "odrzuca wieloletnie kłamstwo i chce na nowo utworzyć pole polityczne Rosji" - mówił po wiecu Dmitrij Bykow, znakomity poeta i publicysta. - Nie będzie to łatwe. Będą awantury, kłótnie i gwizdy. Ale będzie prawdziwe życie, a nie imitacja polityki, którą nam narzucono.
Takiej demonstracji
Rosja nie widziała od lat 90. Organizatorzy naliczyli 60 tys. osób. "Nowaja Gazieta", która też urządziła liczenie wchodzących na prospekt ludzi, twierdzi, że ok. 120 tys. Znacznie mniejsze wiece odbyły się w wielu innych miastach.
Protestujących było dużo więcej niż 10 grudnia na placu Błotnym, gdy władze ugięły się i po raz pierwszy wydały zgodę na tak masową demonstrację. Identyczne było hasło - "O uczciwe wybory" - bo 4 grudnia Putinowska partia Jedna Rosja dostała ponad 49 proc. głosów w wyborach do Dumy tylko dzięki nagminnym fałszerstwom.
O ile jednak na Błotnym "czarnym charakterem" był szef Centralnej Komisji Wyborczej Władimir Czurow, o tyle teraz zastąpił go premier Putin, który po dwóch kadencjach w latach 2000-08 znów będzie w marcu kandydował na prezydenta jako faworyt obozu rządzącego.
Kpić z niego i jego żądzy władzy, wzywać do odejścia, a nawet wysyłać na Magadan (dawniej tradycyjne miejsce zsyłek) przyszła publiczność różnorodna - od anarchistów i lewaków po liberałów i skrajnych nacjonalistów.
Ci ostatni wygwizdali Aleksieja Kudrina, do niedawna wicepremiera i przyjaciela Putina, bo wzywał do dialogu z władzą. Demokraci, którzy z sympatią słuchali Kudrina, wybuczeli z kolei nacjonalistę Władimira Tora.
Tym razem władze nie są głuche na protesty. Państwowe telewizje informowały w weekend o wiecu na prospekcie Sacharowa i nie ukrywały, że miał charakter antyputinowski.
Telewizja NTW, która specjalizuje się w medialnych egzekucjach przeciwników władzy, nie nadała zapowiadanego reportażu "Biała gwardia" (aluzja do wojny przeciw bolszewikom; białe wstążeczki są symbolem obecnych protestów).
Wiec w Moskwie jeszcze trwał, gdy rzeczniczka prezydenta Dmitrija Miedwiediewa zapowiedziała rychłą reformę przepisów o partiach politycznych. Do zalegalizowania ugrupowania ma wystarczyć zaledwie 500 podpisów. Obecnie trzeba aż 50 tys., dlatego w ostatnich czterech latach w Rosji mimo wielu prób, m.in. demokratów, nie zarejestrowano żadnej nowej partii.
Następny wiec opozycyjny ma się odbyć w Moskwie na początku lutego - miesiąc przed wyznaczonymi na 4 marca wyborami prezydenckimi. Manifestanci obiecali to sobie, rozchodząc się przy dźwiękach ukraińskich piosenek. Nawiązali w ten sposób do pomarańczowej rewolucji z jesieni 2004 r., gdy masowe protesty w Kijowie zmusiły władze do anulowania wyborów prezydenckich sfałszowanych na korzyść Wiktora Janukowycza (w powtórce wygrał je prozachodni demokrata
Wiktor Juszczenko).
Niektórzy z demonstrantów mówili, że w lutym przyniosą na wiec nagrania z Egiptu.