- Na pierwszy rzut oka biedę u nas trudno dostrzec. Na rogach nie stoją żebracy, nie ma ludzi koczujących pod gołym niebem - mówi "Gazecie" Frank Baranowski, burmistrz Gelsenkirchen. To 250-tys. miasto w sercu Zagłębia Ruhry, ciągle największego okręgu przemysłowego na kontynencie.
W "Atlasie biedy w Niemczech" przygotowanym przez Parytetowy Związek Socjalny, pozarządową organizację m.in. walczącą z ubóstwem, region zaznaczono na czerwono. - Sytuacja w regionie to problem numer jeden dla całych Niemiec - mówi Ulrich Schneider, dyrektor związku.
Według europejskich kryteriów w biedzie żyją ludzie, którzy miesięcznie muszą utrzymać się za 60 proc. średniej krajowej na osobę. W przypadku Niemiec to 826 euro. W przeliczeniu na złotówki to dużo - 3,3 tys. zł - ale nad Renem taka kwota ledwie starcza na czynsz, opłaty i bardzo skromne życie. Według wyliczeń związku w 80-mln Niemczech tak żyje 12 mln osób. W pięciomilionowym Zagłębiu Ruhry niemal co ósmy mieszkaniec. To średnia w regionie, bo w miastach Zagłębia - Gelsenkirchen oraz sąsiednim Dortmundzie i Duisburgu - biedę klepie co piąty.
Co gorsza, w Zagłębiu Ruhry bieda rozprzestrzenia się najszybciej w całym kraju. W ciągu ostatnich sześciu lat liczba ludzi żyjących pod progiem ubóstwa zwiększyła się o jedną piątą. - W 2005 r. mieliśmy w mieście 24-proc.
bezrobocie. Zbiliśmy je o połowę. Jak widać, nie rozwiązało to problemu - mówi burmistrz Baranowski.
Dyrektor Schneider przewiduje zaś, że bieda może doprowadzić do poważnych niepokojów społecznych, podobnych do tych, jakie wybuchają na imigranckich przedmieściach francuskich miast: - W Zagłębiu Ruhry dosłownie się gotuje.
Do tej pory bieda kojarzyła się Niemcom z terenami byłego NRD, skąd po zjednoczeniu wyjechały na Zachód tysiące ludzi, a ci, którzy zostali, nie potrafili odnaleźć się w nowej rzeczywistości i od lat wegetują na zasiłkach. Biedę było widać też we wschodnim Berlinie i w zachodnioniemieckiej Bremie. Tymczasem Zagłębie Ruhry, mając czasy świetności już za sobą (w 2018 r. zostanie zamknięta ostatnia z pięciu działających kopalni), wciąż utrzymuje gigantów - co dziesiąty wielki niemiecki koncern ma tu siedzibę. W tym energetyczne potęgi - RWE i E.ON. Natomiast niemiecka gospodarka po recesji w 2009 r. szybko podniosła się z kolan. A bezrobotnych ubywa w rekordowym tempie. - Bieda w Niemczech uodporniła się na
wzrost gospodarczy - tłumaczy dyrektor Schneider.
A burmistrz Baranowski dodaje, że wszystko to z powodu technologicznej rewolucji. Kiedyś w Zagłębiu byli potrzebni ludzie do pracy fizycznej: przy wydobyciu węgla, hutniczym piecu czy taśmie w fabryce
Opla w Bochum, która zatrudniała górników z zamykanych kopalni. Ale to się skończyło. Inwestuje się tu teraz np. w biotechnologie czy baterie słoneczne. - Dziś na rynku pracy potrzebni są dobrze wykształceni ludzie, robotnikom coraz trudniej o zajęcie - mówi burmistrz. Tym bardziej że spora ich część to imigranci, którzy słabo mówią po niemiecku.
Samorządowcy z Zagłębia Ruhry, z którymi rozmawiałem, mówią, że najbardziej cierpią
dzieci. Są szkoły, gdzie po piętnastym uczniowie przestają przynosić
śniadanie, bo rodziców na to nie stać. - Robi się błędne koło. Dzieci, by mieć dobrą pracę w przyszłości, muszą być dobrze wykształcone. Ale wykształcenie zdobywają potomkowie bogatych. Biedę się dziedziczy - mówi burmistrz. Miasta fundują dzieciom obiady w szkołach, dopłacają rodzicom do czynszów. Z powodu wydatków socjalnych same pogrążają się w długach (zadłużone na 3 mld euro Essen, największe miasto w Zagłębiu, stoi na skraju bankructwa). By je spłacić, będą zmuszone oszczędzać na pomocy socjalnej. A wtedy bieda stanie się jeszcze bardziej dotkliwa.