http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Wielkie czyny małych ludzi

Rozmawiała Renata Radłowska
2011-12-23, ostatnia aktualizacja 2011-12-23 10:27

Ilustracja autorstwa Joanny Olech do książki ''Mali bohaterowie''
Ilustracja autorstwa Joanny Olech do książki ''Mali bohaterowie''
Fot. Mateusz Skwarczek / Agencja Gazeta

Zapytałam chłopca, dlaczego uratował życie człowiekowi, który się topił. "A co miałem zrobić? Zostawić go samego?" - odpowiedział. Ten dzieciak nawet nie umiał dobrze pływać!

Ilustracja autorstwa Joanny Olech do książki ''Mali bohaterowie''
Fot. Mateusz Skwarczek / Agencja Gazeta
Ilustracja autorstwa Joanny Olech do książki ''Mali bohaterowie''
Ilustracja autorstwa Joanny Olech do książki ''Mali bohaterowie''
Fot. Mateusz Skwarczek / Agencja Gazeta
Ilustracja autorstwa Joanny Olech do książki ''Mali bohaterowie''
Z Barbarą Gawryluk, dziennikarką, autorką książek dla dzieci, w tym najnowszej "Mali bohaterowie", o dzieciach, które uratowały życie dorosłym

Kim był Januszek?

- Dzieciakiem, który uratował z płonącego domu swoje dwie siostry. Sam zginął w pożarze, razem z najmłodszą dziewczynką. Ta historia wydarzyła się w 2008 roku w Białym Dunajcu. Właśnie jemu dedykowałam "Małych bohaterów".

Dlaczego nie ma jej w pani książce?

- Ponieważ nie chciałam tego. Książka ma uczyć dzieci, jak radzić sobie w trudnych sytuacjach, kiedy inna osoba nagle potrzebuje pomocy. Ona nie powinna przerażać!

Ale trzeba mówić dzieciakom o konsekwencjach: bohaterstwo tak może się skończyć.

- I na spotkaniach z dziećmi, kiedy przychodzę do nich do szkół, zawsze mówię: jeżeli dzieje się coś złego drugiemu człowiekowi, pomóżcie mu, ale nie narażajcie się, od tego są inni - dorośli. Tłumaczę dzieciom, że ich bohaterstwo może polegać na tym, że wezwą pomoc. To przecież bardzo, bardzo dużo. Moja książka nie jest adresowana do małych dzieci, ale tych z klasy drugiej, trzeciej, czwartej (oczywiście podstawówki). One są mądre, one potrafią odróżnić głupie ryzyko od konieczności.

Jeździła pani po całej Polsce, szukając małych bohaterów.

- Najlepsze jest to, że dzieci wcale tak o sobie nie myślą. To raczej ich rodzice, dziadkowie, a czasem jakiś strażak, który organizował akcję, tak mówią o dzieciach. A one tłumaczą: to nic wielkiego, co zrobiłem. Może i mają rację, że to nic wielkiego, ale ilu dorosłych zrobiłoby takie "nic wielkiego"? Ich bohaterstwo polegało na tym, że nie były obojętne. Kiedy dorośli widzą człowieka, który nagle przewraca się na ulicy, to myślą: no tak, pijak. Dzieci myślą: trzeba pomóc. Do głowy im nie przyjdzie, żeby tego człowieka w jakikolwiek sposób oceniać.

Co łączy małych bohaterów?

- Te dzieci nie mają superradosnego dzieciństwa, żyją w trudnych warunkach, ich rodziny mają problemy ekonomiczne. Jedna z mam ostrzegała mnie: "Proszę pani, u nas jest bardzo skromnie, nie ma cudów". Jechałam do miasteczek, do małych wiosek, których nawet nie ma na mapie. Wchodziłam do malutkich domów, do skromnych mieszkanek - żadnych monitorowanych osiedli, żadnych szlabanów przy wjeździe.

Te dzieci dużo czasu spędzają poza domem, bo tak u nich jest - nie zamyka się ich w złotych klatkach, do których się wszystko donosi. One żyją trochę tak jak my w naszym dzieciństwie - są na podwórku, bawią się z przyjaciółmi. Rodzice nie wożą ich codziennie na lekcje muzyki i baletu, bo po prostu nie mają na to pieniędzy. One muszą same sobie dawać radę; dzięki temu wiedzą, jak reagować, kiedy trzeba pomóc komuś innemu. To chyba jest ta zwyczajna Polska - ani A, ani B. Polska, w której rodzice ufają dzieciom, a dzieci nie zawodzą tego zaufania, w której ludzie się zauważają i szanują, a poglądy polityczne nie mają żadnego znaczenia. Te dzieci na pewno łączy wrażliwość.

Która z tych historii najbardziej panią wzruszyła?

- Chyba ta, której bohaterkami są dwie siostry. Dziewczynki uratowały życie mężczyźnie, który miał wypadek na motocyklu. Ta historia znalazła się w wielu kolorowych gazetach, pół Polski nią żyło... One wiedziały, jak pomóc, bo nauczyły się udzielać pierwszej pomocy na kursach w swojej szkole organizowanych przez Wielką Orkiestrę Świątecznej Pomocy. Lekarz, który przyjechał na miejsce wypadku, powiedział, że gdyby nie te dziewczynki, mężczyzna by nie przeżył. Jedna z nich, trzynastolatka, zrobiła mu masaż serca. To było profesjonalne zachowanie - tak ocenił lekarz. A dlaczego ta historia mnie tak wzruszyła? Bo miała ciąg dalszy, niesamowicie smutny. Nie mogę o tym opowiedzieć, obiecałam ojcu dziewczynek.

Tej historii też nie ma w książce.

- Parę tygodni przed oddaniem książki do druku zadzwonił do mnie ojciec dziewczynek i poprosił, żebym zrezygnowała z opisania ich historii. Zrobiłam to, bo... Tu naprawdę muszę postawić kropkę. Być może kiedyś, być może za jakiś czas ta historia stanie się punktem wyjścia do napisania książki dla dorosłych.

O złych dorosłych?

- ...

Spotkała się też pani z Przemkiem, który uratował życie tonącemu mężczyźnie.

- Chłopiec był bardzo zamknięty w sobie. Każde słowo musiałam wyciągać z niego na siłę. Jego mama donosiła nam kolejne kubki z herbatą, kolejne ciastka, a on mówił tylko "tak", "nie". Zapytałam chłopca w końcu, dlaczego uratował życie człowiekowi, który się topił. To nie było takie sobie pytanie, które zadaje się standardowo każdemu bohaterowi. Ja je zadałam, bo Przemek chwilę wcześniej powiedział mi, że tak naprawdę to nie umie dobrze pływać. Był zdziwiony moim pytaniem, jakbym pytała go o jakieś niepojęte rzeczy. "A co miałem zrobić? Zostawić go samego?" - tak odpowiedział. Wtedy się dowiedziałam, skąd bierze się to jego wycofanie, ten strach: Przemek widział, jak umiera drugi mężczyzna, który też się wtedy topił. On czuje się winny! Dla niego to porażka.

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • 2 komentarze
  • Drukuj
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    8 głosów

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':