Na takie umowy zatrudnionych jest już 27 proc. Polaków. Komisja Europejska sprawdziła, jak pracują Europejczycy - liczyła tylko umowy na czas określony, umowy-zlecenia i o dzieło. Nie brała pod uwagę samozatrudnionych - w 2010 r. były to już 3 mln Polaków.
Co to wszystko znaczy? To znak, że etat z umową na czas nieokreślony odchodzi do lamusa. Że
praca w ten sposób będzie za jakiś czas rzadkością. I to nie dlatego, że pracodawcy mają dość obciążeń pracowniczych (składki, ZUS), ale dlatego, że zmienia się otoczenie w pracy.
Będziemy coraz częściej pracowali zadaniowo, nad projektem, a nie od godz. 8 do 16 siedzieli w biurze. I dlatego w inny sposób szef będzie chciał się z nami rozliczać.
Oczywiście to dla pracownika zmiana na gorsze. Jednak biorąc pod uwagę, że w Hiszpanii, gdzie umowy stałej nie ma tylko 25 proc. osób, a
bezrobocie jest dwukrotnie wyższe niż u nas, to chyba lepiej mieć umowę czasową w garści niż bezrobotnych i Oburzonych na ulicach.
To, że w rankingu - wydaje się niechlubnym - liczby osób pracujących na umowy czasowe
Polska jest liderem, oznacza tyle, że w czasie kryzysu pracodawcy chcą się jakoś zabezpieczyć.
Umowy czasowe dają zaś zatrudnionym takie same prawa jak pracownikom z umowami na czas nieokreślony. Mają oni prawo do urlopu wypoczynkowego, mogą wziąć zwolnienie lekarskie,
rodzice mają prawo do urlopów rodzicielskich.
Jedyna różnica to krótszy okres wypowiedzenia. Ale - jak podkreślają eksperci - skrócenie okresu wypowiedzenia tym, którzy mają dziś trzymiesięczny, pomoże w wejściu na
rynek pracy młodym mającym z tym problemy i w utrzymaniu się na nim starszym, m.in. pokoleniu 50 plus.
Nie z umowami czasowymi, ale z ich nadużywaniem powinniśmy walczyć. Są patologie, np. umowy wieloletnie. Pracownik cieszy się, bo ma gwarancję pracy na długi okres, ale jednocześnie drży, bo szef może się z nim pożegnać w dwa tygodnie. I to jest element, który wymaga ochrony lub zmiany. Umowy czasowe to znak czasu. I nic się na to nie poradzi.