- Styl życia się zmienił i
rodzice pytają: dlaczego świetlica otwarta tylko do osiemnastej, a nie do dwudziestej? - mówi psycholog Aleksandra Piotrowska z Uniwersytetu Warszawskiego. - Moje studentki pracujące w przedszkolach opowiadają o rodzicach zaskoczonych, że przedszkole nie pracuje w święta. Część rodziców uważa, że spełnili obowiązek, rodząc
dziecko. Teraz niech się nim zajmie państwo. Coraz rzadziej mamy model rodziny, w której dziecko ze szkoły odbiera babcia, dziadek albo ciocia. Matki też nie organizują się np. z sąsiadkami.
Beata Murawska, wicedyrektor biura edukacji w stołecznym ratuszu: - Szkoły wydłużają czas pracy świetlic, bo takie są potrzeby rodziców.
Trzy lata temu w Warszawie w szkołach publicznych ze świetlic korzystało 30 tys.
dzieci. We wrześniu tego roku było ich już 41,7 tys. Dzieci przybywa, bo do podstawówek wkroczyły roczniki wyżu oraz sześciolatki, które potrzebują dodatkowej opieki po zajęciach. Ale niezależnie od wyżu - odsetek uczniów w świetlicach ciągle rośnie. Dziś w Warszawie zostaje w nich już 51 proc. dzieci z podstawówek. Trzy lata temu było o 9 proc. mniej.
Są dzieci, które w świetlicy, potem na lekcjach, zajęciach dodatkowych i znów w świetlicy spędzają cały dzień. Osiem, dziesięć, dwanaście godzin. W świetlicy można odrobić lekcje, posłuchać, jak pani czyta książkę, pójść na zajęcia dodatkowe, pobawić się. Do tego trzeba wychowawców. Trzy lata temu było ich w Warszawie 1159, a teraz już 1566. Świetlice kosztują. Urzędnicy policzyli - wydatki od 2008 r. wzrosły o ponad połowę.
Długo, coraz dłużej Szkoła Podstawowa nr 301 na Bemowie ma blisko 800 uczniów i pracuje na zmiany. Gdy prawie sześć lat temu Krystyna Ożyńska została dyrektorem, do świetlicy było zapisanych 250 dzieci. Opiekowało się nimi 10 wychowawców, pomagała jedna woźna. Świetlica miała cztery sale, dzieci korzystały też z jednej dodatkowej - razem ze szkołą muzyczną. Teraz w świetlicy jest 450 dzieci. Dzielą się na 15 grup. Zajmuje się nimi 18 wychowawców, dwie woźne i jedna pomoc nauczyciela.
- Z przyjęciem sześciolatków liczba sal się podwoiła - mówi dyrektor Ożyńska. - Odgruzowałam piwnice, żeby świetlica miała więcej miejsca. Urządziłam salę wypoczynkową, salę do rytmiki i do rehabilitacji.
Po południu, kiedy jest największy tłok, dzieci korzystają z dwu sal lekcyjnych najbardziej przytulnych, z wykładzinami. W świetlicy zajęte są wszystkie stoliki, nawet w korytarzu.
- Znam szkoły, gdzie w jednej świetlicy jest setka dzieci i wychowawcy próbują działać w mniejszych grupach, ale jak mają to robić? - pyta dyrektorka. - U nas są mniejsze sale, grupy też, ale to zawsze 25-30 osób.
Świetlica pełną parą pracuje do godz. 17. Wtedy zaczyna się dyżur dla uczniów, którzy wciąż czekają na rodziców. Ostatni przychodzą o 18.30. Do końca czeka bezczynnie ok. 30 dzieci.
W SP nr 11 w Ursusie dzieci w świetlicy też przybywa. Teraz jest ich 450. Dzięki dobudowaniu sześciu sal nie ma tu nauki na zmiany. - Mamy po południu wolne klasy, chodzą do nich - opowiada wicedyrektor Maryla Gołębiewska. - Idą też do sali gimnastycznej, do pracowni komputerowej, na szachy, chór, koła zainteresowań.
Gdyby nie te wolne klasy, dzieci byłyby ściśnięte jak śledzie w beczce.
Rodzice przyprowadzają dzieci już o szóstej. Kilka lat temu szkoła otwierała się o siódmej rano, potem trzeba było przesunąć otwarcie na 6.30, ale i to nie wystarczyło. Świetlica jest czynna do 18.
Godzinę dłużej pracuje świetlica środowiskowa, pomyślana jako miejsce dla uczniów, którzy potrzebują pomocy w nauce. - Rodzice są zadowoleni, a my nie pytamy, czy mama pracuje, czy nie. Przyjmujemy wszystkie dzieci. Współczesna szkoła musi dostosować się do potrzeb rodziców - wyjaśnia wicedyrektor Gołębiewska.
W dużej podstawówce w Białołęce, gdzie nauka odbywa się na zmiany, ze świetlicy korzysta ok. 500 uczniów. Mają do dyspozycji cztery duże sale i jedną małą (jak dziecko chce, może tu odrobić lekcje lub poczytać) oraz pomieszczenie z wersalką. Jak się uczeń zmęczy, może poleżeć. - Robiliśmy badania rok temu i wcześniej - opowiada kierowniczka świetlicy. Woli nie podawać nazwiska, bo to, co mówi, może nie spodobać się rodzicom. - Z ankiet wynikało, że ok. 10 proc. dzieci jest w świetlicy od otwarcia do zamknięcia, czyli 11 i pół godziny. Taka tendencja, żeby na szkołę złożyć opiekę nad dziećmi.
W świetlicy, ale prywatnej Do świetlicowych dzieci zalicza się Zuzia, córka Beaty. Beata ma szczęście, bo może pozwolić sobie tylko na trzy czwarte etatu (pracuje w sekretariacie kancelarii prawnej). Mąż dojeżdża do pracy ok. 25 km. Mają dwoje dzieci, mieszkają w domu jednorodzinnym w Falenicy. - Świetlica to dla mnie wybór pozytywny, nie negatywny - zapewnia Beata. - Odbieram córkę po 16. Jest wtedy już po zajęciach dodatkowych, a chodzi na angielski i na tańce. Wcześniej mieszkaliśmy w Białołęce. Na tańce trzeba było ją dowozić. Na angielski szła z pracownikiem prywatnej szkoły.
Beata zastanawia się, jak było za jej czasów: - Chyba kiedyś zawsze ktoś był w domu. U mnie był tata. Teraz jest inaczej. Moja mama od dwóch lat nie pracuje, ale mieszka sto kilometrów stąd. Teściów też tu nie mamy, bo mąż nie jest z Warszawy.
Joanna wychodzi z domu na Tarchominie (północne peryferie stolicy) o 6.20. Jest lekarką, musi zdążyć do szpitala na 7.30. Mąż często w delegacjach. - Nie mamy wspólnego śniadania - opowiada trochę zawstydzona. - Najwyżej buziak
dla dzieci.
Kasię i Tomka wyprowadza rano z domu mama Joanny. Kasia idzie do zerówki w przedszkolu, gdzie długo może przebywać pod dobra opieką. Tomek jest pierwszakiem. Trzy razy w tygodniu zaczyna naukę na drugą zmianę. Babcia prowadzi go wtedy najpierw do świetlicy prywatnej. Dopiero stamtąd pracownica świetlicy zabiera go do szkoły.