-
Polska dołączyła teraz do grona siedmiu krajów UE, które mają z Chinami stosunki o randze partnerstwa strategicznego - ogłosił w Pekinie prezydent Bronisław Komorowski.
Partnerstwo strategiczne wymyślili Chińczycy, którzy w stosunkach międzynarodowych preferują relacje dwustronne i stosują imperialną zasadę divide et impera. Dziel i rządź. Robią to teraz i w Europie.
Partnerstwo strategiczne obiecują i nadają, rozgrywając jednych przeciw drugim. Na całym świecie. Tak też we wtorek Polska stanęła w jednym rzędzie nie tylko z Francją, Niemcami i Włochami, ale również z Białorusią, Kazachstanem, Angolą, Pakistanem czy Wenezuelą.
W Pekinie niemal co dzień rozbrzmiewa inny hymn. W Hali Ludowej jedna delegacja depcze po nogach następnej, a w nocy wymienia się flagi. Chińscy gospodarze potrafią sprawić, by wszyscy czuli się szczególnie wyróżnieni. Chiński premier Wen Jiabao zaprosił naszego prezydenta do letniego pawilonu Zakazanego Miasta, gdzie przed laty przyjmował gości Mao. Czas dla niego znalazł też przyszły premier Li Keqiang.
Czy zatem Komorowski nie powinien był jechać do Chin? I czy nie powinien wypomnieć
Hu Jintao łamania praw człowieka w Chinach? Ani jedno, ani drugie. Dziś nikt nie może sobie pozwolić na ignorowanie Chin, kolosa gospodarczego i politycznego z trzema bilionami dolarów rezerw dewizowych. W dobie kryzysu gospodarka jest na pierwszym miejscu.
Ale warto pamiętać, że nie tylko pieniądz się liczy. Również w Chinach. Wystarczyło, by jadąc do Chin, polski prezydent zrobił to, co robią
Barack Obama, Angela Merkel czy David Cameron. Przy okazji dyskretnie przekazują Chińczykom nazwiska więźniów i udokumentowane przypadki represji. I dopytują o losy konkretnych ludzi.
Pekin nawykł do takich dyskretnych interwencji. Nie ma dowodu, by karał za nie utratą kontraktów.
Prezydent Komorowski takiej listy więźniów raczej nie miał. Bo polscy obrońcy praw człowieka w Chinach nie zdołali nawet spotkać się z urzędnikami jego kancelarii. Prezydent poprzestał na zaproszeniu do polskiej ambasady w Pekinie pewnej liczby przedstawicieli niewymienionych z nazwy organizacji pozarządowych, w tym także tych represjonowanych.
A przecież w Chinach, które notorycznie naruszają prawa człowieka, Polska miałaby o kogo się upomnieć. Bliski jest nam szczególnie laureat Pokojowej Nagrody Nobla, odsiadujący 11-letni wyrok eseista, członek Pen Clubu Liu Xiaobo.
Od 1949 r. Polska uznaje integralność granic Chin, co wyklucza dopominanie się o wolny Tybet. Słusznie. Ale nie przeszkadza to, by spytać o12 mnichów buddyjskich, którzy spalili się w proteście przeciwko chińskiej polityce w Tybecie. Kraj
Jana Pawła II, przyjaciela Dalajlamy, jest to sobie winien.
Nie jest prawdą, że
Chiny są głuche na apele w sprawach praw człowieka. Wiosną zwolniły szybko słynnego artystę Ai Weiweia, który m.in. obraził chińskich przywódców. W jego obronie zmobilizowały się różne rządy, ale przede wszystkim artyści na całym świecie. Pod ich apelami próżno było jednak szukać polskich nazwisk.
Apel o wolność dla Liu Xiaobo poparł natomiast na krótko przed śmiercią Vaclav Havel.