Nie cierpię całej tej przedświątecznej krzątaniny, tysięcy ludzi w sklepach, poszukiwania prezentów, stania w kolejkach, sprzątania w domu, dylematów z wybieraniem podarunków.
Już swoje odfajkowałem, jak
dzieci były małe. Dla nich święta miały sens, bo był Mikołaj, były prezenty, była choinka, byli dziadkowie, wujkowie, ciotki. Teraz są dorosłe (lub prawie) i ja przez lata wtłaczałem je w rytuał, do którego - czułem przez skórę - stosunek mają podobny do mojego.
Ktoś musi przerwać ten zaklęty krąg, pomyślałem sobie. Ja nie ja to kto, jak nie teraz to kiedy? I stało się.
Jaka była reakcja? Świetny pomysł, tato, zróbmy sobie tego wieczora po prostu ucztę, niech każdy z nas, kto ma ochotę i umiejętności, zaproponuje pozostałym coś bardzo dobrego do jedzenia. Pomysłów było więcej: zamówienie czegoś w
restauracji, rezerwacja stolika w wybranym, dobrym lokalu, wyjazd za miasto, zaproszenie grona znajomych. W tym roku, z braku czasu, stanęło na pierwszym zaproponowanym rozwiązaniu.
Uf, nie muszę łazić po sklepach. Nie będę trzymał w wannie tego nieszczęsnego karpia. Nie będę odtwarzał z CD kolęd, których pełnych słów nie znamy, a jedynie pierwsze zwrotki i refreny. Nie będę stroił choinki a przede wszystkim nie będę się stresował.
Wręcz przeciwnie, czas który ludzie poświęcają na przygotowanie świąt wykorzystam na obejrzenie filmów, na które wcześniej nie miałem czasu, na przeczytanie książki, której nie mogę skończyć.
Nikogo nie namawiam do naśladownictwa, ale jak zrobiłem krótki sondaż w
pracy i pośród młodszych oraz starszych znajomych, to usłyszałem, że ich święta też meczą z tych samych powodów co mnie.
Jeszcze w ubiegłym roku część pań w redakcji żachała się na to, że niektóre
restauracje mają w ofercie dania na stół wigilijny. Jak to, to ktoś nie szykuje w domu osobiście tego szczególnego zestawu dań? Ale już w tym roku niektóre pytały, czy można zamówić sobie stolik wigilijny w jakimś wrocławskim lokalu. W tym pytaniu wyczułem nutkę nadziei, że tak, że można.
Na razie nie dla siebie, na razie niech to zrobią inni. Wydaje się, że ozdrowieńcza jest tu sama myśl o tym, że można inaczej, że co roku nie trzeba powtarzać tego pracochłonnego rytuału.
Skąd bierze się taki stan ducha? Ze zmęczenia. Świat w którym żyjemy ma tempo dla normalnego człowieka nie do wytrzymania, ale codziennie ów normalny człowiek musi się do tego tempa dostosować. To wielki wysiłek.
I nagle krótka chwila świąt o których mówimy, że są czasem refleksji, wytchnienia, odpoczynku wymaga od nas, zagonionych przez cały rok, nadzwyczajnego wysiłku. Wszechobecna propaganda świąteczna, marketing wielkich sieci sklepowych i producentów wszystkiego, co człowiekowi mało do życia potrzebne, tę spiralę dodatkowo nakręca. Jeszcze przed kilkudziesięcioma latami, kiedy świat był normalniejszy, święta miały swój refleksyjny charakter. Teraz, gdy zwariował, nie.
To co kiedyś robiło się z naturalnej potrzeby serca dla spotkania z bliskimi przy wspólnym stole i na przygotowanie czego było dużo spokojnego czasu, dziś nas zniewala. Musimy w szybkim tempie skonsumować obowiązkowy rytuał.
Mnie to już nie dotyczy. Od teraz będę dawał prezenty komu i kiedy będę chciał, z rodziną i przyjaciółmi spotykał się wtedy, kiedy wszyscy będziemy mieli na to czas i ochotę. A specjalne święta urządzę sobie w czerwcu, bo bardzo lubię ten miesiąc.
I wszystkim życzę świątecznej wolności.
PS. Już wcześniej uwolniłem się od obyczaju świętowania świąt przed świętami w bardzo ważnych urzędach i instytucjach. Jaka ulga. Nikt obcy mnie nie całuje.