Rozmowa z prof. Karolem Musiołem rektorem Uniwersytetu Jagiellońskiego Anna Goc: Niż demograficzny może zagrozić też publicznym uczelniom. Nie boi się pan? Prof. Karol Musioł: Jesteśmy w uprzywilejowanej sytuacji, jeśli chodzi o
studia dzienne. Ktoś, kto ma do wyboru takie studia na uczelni publicznej i niepublicznej, nie wybierze płatnych. Dlatego na studiach stacjonarnych liczba kandydatów rośnie z roku na rok. Prywatne uczelnie przestały być uczelniami pierwszego wyboru. Idą tam ci, którzy nie dostali się na publiczne. Gorzej ze studiami zaocznymi na uczelniach publicznych, gdzie odnotowujemy mniejsze zainteresowanie. W tym roku na UJ nie udało się nam otworzyć kilku kierunków, bo było za mało chętnych. Podobne problemy mają wszystkie uczelnie publiczne.
Zaostrzy się walka o studentów między publicznymi i niepublicznymi? - Tak, ale tylko jeśli chodzi o studia płatne.
Czy walka o studenta może doprowadzić do obniżenia poziomu nauczania? - W środowisku akademickim słyszy się o uczelniach, które udają, że uczą, a ich studenci udają, że studiują. Zajęcia się nie odbywają, kadra naukowa jest słaba, brakuje inwestycji w sferze badań. Dzięki zminimalizowaniu kosztów przez te uczelnie paradoksalnie to właśnie one mogą przetrwać.
Ministerstwo Nauki i Szkolnictwa Wyższego twierdzi, że uderzenie niżu przeżyją najlepsze uczelnie niepubliczne. Ale to będzie zależało od kompetencji kadry i władz uczelni. - Najlepsze uczelnie niepubliczne, mimo że wzbogacają oferty kształcenia, modernizują budynki, przyciągają najlepszą kadrę naukową i kupują sprzęt, i tak mogą mieć poważne problemy. Nie są na tyle silne, by konkurować z najlepszymi uczelniami publicznymi, a odnotowując spadek studentów, zaczynają mieć poważne problemy finansowe.
Masowe ściąganie studentów z Azji, głównie z Chin, do którego zachęcał także podczas wizyty w Pekinie prezydent Bronisław Komorowski, może pomóc uczelniom w przetrwaniu niżu? - Uczelnie powinny szukać i zachęcać do studiowania przede wszystkim polskich studentów. Szukanie ich w Chinach nie jest najlepszym pomysłem. Po pierwsze, warto zastanowić się, czy mamy wystarczającą ofertę w języku angielskim, by zapraszać masowo Chińczyków. Po drugie, warto wziąć pod uwagę, że dla Chińczyków wciąż nie jesteśmy krajem pierwszego wyboru.