"Prawie hektarową posesję otacza klinkierowe ogrodzenie, od tyłu przechodzące w murowane, ponadpółtorametrowe. Przed bramą wjazdową kamera" - ten podpis pod zdjęciem domu Krzysztofa Olewnika zamieszczony w płockim dodatku "Gazety" 30 października 2001 r. stał się teraz jednym wątków śledztwa, jakie pojawiły się w postępowaniu, które prowadzi Prokuratura Apelacyjna w Gdańsku. Właściwie chodzi tylko o te słowa: "Przed bramą wjazdową kamera".
Policjanci
CBŚ od początku grudnia tego roku mają negatywy zdjęć, jakie 29 października 2001 zrobiliśmy w Świerczynku.
Kilka dni temu przesłuchali fotografa oraz dwójkę dziennikarzy, którzy tego dnia oglądali dom Krzysztofa. Minęło od tego ponad 10 lat i dziennikarze - w tym pisząca te słowa - oraz fotograf nie pamiętali, czy przed domem była kamera. Skoro jednak odnotowali ją w tekście, musieli ją widzieć. Kamerę lub coś, co za nią wzięli.
Temat kamery przed domem Krzysztofa znów pojawił się pod koniec listopada. Wtedy prokuratorzy z Gdańska przeszukali dom rodziny Olewników. Tłumaczyli to tym, że Olewnikowie mogą coś ukrywać, np. oryginały nagrań rozmów z porywaczami. A także - nagranie z kamery zainstalowanej przez domem Krzysztofa. Bo rodzina od początku zapewniała, że żadnej kamery nie było.
"Ustalono szereg przesłanek wskazujących na to, że faktycznie dom i posesja K. Olewnika mogły być w krytycznym czasie objęte monitoringiem" - napisała w oświadczeniu w listopadzie gdańska prokuratura. Jest też analiza nagrania z wizji lokalnej przeprowadzonej w Świerczynku 27 października 2001 r.
Na filmie widać coś, co mogłoby być kamerą: mały przedmiot, "przypominający zewnętrzną kamerę rejestrującą" zawieszony na słupie energetycznym przed domem. Widać także przewody, które prowadzą od owego przedmiotu do domu. Chodzi też o to, co mówią osoby na owym nagraniu z wizji lokalnej. Prokuratura pisze ogólnie, że z rozmów owych wynika, że taka kamera mogła tam być.
"Gazeta" ustaliła nieoficjalnie, że na nagraniu słychać, jak ktoś (nie wiadomo kto, bo ta osoba stoi gdzieś z boku, nie jest w tym momencie filmowana) mówi: "Przecież i tak to wszystko się nagrało".
Włodzimierz Olewnik w rozmowie z dziennikarzami tłumaczył, że jego syn postawił dom w szczerym polu, że musiał skądś ciągnąć prąd i być może dlatego podpiął się do stojącego w pobliżu słupa energetycznego kablami. I że samą kamerę założyli przy jego domu trzy lata po porwaniu.