http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Atomowy Kim

Maria Kruczkowska
2011-12-20, ostatnia aktualizacja 2011-12-19 23:31

Kim Dżong Il zostanie zapamiętany jako ten, który walnie przyczynił się do zdobycia przez Pjongjang broni atomowej. Za jego czasów Korea Północna stała się też jednym z najniebezpieczniejszych państw świata

Kim Dżong Il podczas spotkania z ówczesnym prezydentem Rosji Władimirem Putinem (niewidoczny na zdjęciu) we Władywostoku, 23 sierpnia 2002 roku
Fot. Alexander Zemlianichenko AP
Kim Dżong Il podczas spotkania z ówczesnym prezydentem Rosji Władimirem Putinem...
Narodziny Kim Dżong Ila w 1942 r. w chatce na świętej dla Koreańczyków górze Pektu ogłosiła jaskółka - północnokoreańskie dzieci uczą się, że tego dnia zima zamieniła się w wiosnę, a na niebie ukazała się tęcza.

Dla swoich 23 mln poddanych był bogiem. Reżimowi zajęło dwa dni, by ogłosić, że nie żyje - zostało to powiedziane wczoraj. Prezenterce telewizyjnej obwieszczającej hiobowa wieść łamał się głos. Jak kraj długi i szeroki ludzie zalewają się łzami. Nie wykluczone, że ze strachu, co teraz nastąpi, niektórzy rozpaczają naprawdę.

Syn swojego ojca

W Korei Północnej życiorys Kim Dżong Ila i jego nieżyjącego od 1994 r. ojca Kim Ir Sena, założyciela Korei Północnej, jednego z najbardziej zamkniętych państw świata, to osobny przedmiot szkolny.

Wbrew oficjalnym zapewnieniom wszystko wskazuje na to, że nie urodził się na górze Pekte, lecz w ZSRR w 1941 r. lub 1942 r. w Wiatskoje, obozie partyzantów. Ojciec dowodził tam batalionem chińskich i koreańskich komunistów. Otrzymał imię Jura i dopiero w 1945 r. już w Pjongjangu został Dżong Ilem.

Północni Koreańczycy uczą się, że był znającym się na wszystkim geniuszem - udzielał wskazówek reżyserom (sam kręcił filmy) i hodowcom trzody chlewnej. Pisał opery i wyśmienicie grał w golfa. Był przedstawiany jako niedościgniony teoretyk dżucze, czyli doktryny samowystarczalności obowiązującej w Korei Północnej.

Przede wszystkim jednak miał być idealnym synem oddanym we wszystkim ojcu, któremu wystawił po śmierci 35 tys. pomników! Na 70. rocznicę urodzin Kim Ir Sena kazał wybudować w Pjongjangu 170-metrową wieżę Dżucze z 25 tys. bloków z białego granitu.

Północni Koreańczycy nie wiedzą, że gdy głodowali, ich wódz objadał się płetwami rekinów, kawiorem i innymi delikatesami, które przygotowywali mu japońscy i włoscy kucharze sprowadzani do jego rezydencji. Nie mają też pojęcia, że był największym pojedynczym klientem firmy Hennessy, producenta drogiego koniaku.

Był zawodowym aparatczykiem. Pierwsze stanowisko w aparacie Komitetu Centralnego objął w 1964 r., mając 22 lata. Szybko zrozumiał, że najlepiej odznaczy się w oczach ojca, tępiąc jego wrogów. To za jego sprawą Korea Północna zaczęła wysyłać za granicę agentów, organizować zamachy, mordować przeciwników politycznych.

To była zapowiedź ery Kim Dżong Ila. Jego rozkazom Birma przypisuje zamach bombowy dokonany na południowokoreańską delegację rządową w 1983 r., w którym zginęło trzech członków rządu.

W 1987 r. ludzie Kim Dżong Ila zestrzelili samolot Korean Air - kilka lat potem północnokoreańska agentka Kim Hion Hui, która brała udział w zamachu wyznała, że operacją kierował osobiście Kim Dżong Il.

W latach 70. i 80. Korea Południowa żyła w obsesji agentów z Północy, którzy docierali podziemnymi tunelami do Seulu, mordowali i uprowadzali ludzi. Ofiarami porwań padali nie tylko Koreańczycy z Południa, ale też Japończycy. Ci ostatni byli potrzebni do szkolenia szpiegów przerzucanych następnie do Japonii. Większości porwanych nikt już nigdy nie widział.

Przez dwadzieścia lat Kim Dżong Il wspinał się cierpliwie szczebel po szczeblu na szczyt władzy. Stał się prawą ręką ojca, który powierzał mu kolejne misje. I otrzymywał kolejne tytuły: Jedynego Przywódcy (1975 r), Ukochanego Przywódcy (1980 r.), Wodza Naczelnego (1983 r.), zastępcy przewodniczącego centralnej komisji obrony i wreszcie Marszałka (1992 r).

Ale dopiero na dwa lata przed śmiercią Kim Ir Sena oficjalnie zostało ogłoszone, że sukcesorem jest Kim Dżong Il.

W międzyczasie w cieniu ojca stopniowo skupiał w swoim ręku sprawy państwa. Oficjalnie przejął władzę dopiero w trzy lata po śmierci założyciela Korei Północnej, bo wcześniej trwała żałoba po ojcu narodu. Gdy w 1997 r. Kim Dżon Il otrzymywał pełnię władzy, Kim Ir Sen zyskał przydomek "Wiecznego Prezydenta".

To był początek ery Kim Dżong Ila. W kraju nic nie można było już dostać na kartki, a wszelka przedsiębiorczość prywatna była zakazana. Nowy Kim postawił na armię. Ogłosił nową doktrynę - Songun, czyli "armia pierwsza", i otoczył się generałami. Partia zeszła na drugi plan.

Po 1980 r. do ubiegłego roku nie zwoływano zjazdów partyjnych. A komisja obrony narodowej z Kim Dżong Ilem na czele stała się "najwyższym organem odpowiadającym za obronę suwerenności".

Z dyktatury proletariatu Korea Północna zamieniła się w kraj rządzony przez armię. Kim liczył, że dzięki wojsku nie zostanie obalony jak przywódcy ZSRR i innych państw komunistycznych.

Ponieważ kraj stał na skraju przepaści, a system kartkowy był coraz bardziej niewydolny, Koreańczycy musieli jakoś sobie radzić. Robotnicy rozbierali maszyny, by sprzedawać złom, a kołchoźnicy uciekali w góry, by uprawiać warzywa na nielegalnych poletkach.

Tymczasem władza nie kwapiła się do proszenia świata o pomoc. Zrobiła to dopiero w 1995 r., gdy ludzie jedli już trawę i korę. Szacuje się, że między 1995 i 1998 rokiem w Korei Północnej zmarło od 600 tys. do nawet 2 mln ludzi.

Zdaniem wielu ekspertów Kim pilnie śledził rozwój sytuacji na świecie. Po inwazji amerykańskiej na Irak znikł na parę miesięcy - znawcy Korei uważali, że obmyśla strategię przetrwania. Nieco wcześniej, bo w 2002 r., zafundował głodującym rodakom kryzys nuklearny. W tajemnicy przed światem jego naukowcy zaczęli wzbogacać uran do celów wojskowych, choć oficjalnie miał być rozwijany tylko jeden, cywilny program plutonowy. Oskarżona przez USA Korea Północna wydaliła inspektorów Międzynarodowej Agencji Energii Atomowej i zerwała układ o nierozprzestrzenianiu broni masowego rażenia.

Zdanie ekspertów Pjongjang ma dziś ładunek do ośmiu bomb plutonowych. Próby sześciostronnych rozmów o kryzysie atomowym na Półwyspie Koreańskim (USA, Rosja, Chiny, Japonia i obie Koree) są w martwym punkcie od trzech lat.

Kosztowny program jądrowy okupiony śmiercią dziesiątek lub setek tysięcy ludzi, którzy zmarli z głodu, ponieważ pieniądze szły przede wszystkim na zbrojenia, w tym atomowe. Bomba atomowa miała być rodzajem polisy dla reżimu Kima.

Kim był Kim?

Krwawym dyktatorem, który po trupach prowadził kraj do klubu atomowego. I również paranoikiem z kompleksem niskiego wzrostu, który nosił wkładki, by być wyższy. Świat śmiał się z jego absurdalnej fryzury i ośmiu pociągów, którymi podróżował, bo za nic nie chciał wsiąść do samolotu. W Korei, gdzie jest sieć obozów pracy i 200 tys. więźniów, nikomu nie było do śmiechu.

Rzadko się pokazywał, ale na tych rozmówcach, którzy go poznali, robił dobre wrażenie. Japoński premier Junichiro Koizumi, który przyleciał do Pjongjangu po porwanych Japończyków, powiedział o Kimie: "To inteligentny człowiek".

Pod wrażeniem jego inteligencji i poczucia humoru była też ówczesna sekretarz stanu USA Madelaine Albright, która w 2000 r. była w Pjongjangu. W tamtym roku Kim zgodził się spotkać z prezydentem Korei Południowej i przez chwilę wydawało się, że może Północ otworzy się nieco na świat. Dyktatora chwalił południowokoreański prezydent Kim De Dzong. Mówił, że Kim Dżong Il rozumie konieczność reform i dobrze orientuje się w położeniu kraju.

Nie ufali mu za to dobrze go znający Chińczycy, który dostarczają do Pjongjangu 90 proc. niezbędnego do funkcjonowania kraju oleju opałowego i 80 proc. dóbr konsumpcyjnych. Ale i oni niewiele mogli, gdy ich pupil bez uprzedzania Pekinu przeprowadzał testy rakietowe i jądrowe. W ten sposób stawiał Chińczyków w kłopotliwej sytuacji wobec Waszyngtonu, Seulu czy Tokio, które traciły złudzenia, że tylko Pekin może powstrzymać Kima.

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • 1 komentarz
  • Drukuj
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    7 głosów

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':