Tysiące ludzi z tunezyjskimi flagami i zdjęciami Buaziziego przyjechały z całego kraju, żeby uczcić w sobotę odsłonięcie pomnika w Sidi Bu Zajd, rodzinnym mieście młodego
sprzedawcy nazywanego przez rodaków "iskrą, która wywołała intifadę godności". Na uroczystości pojawił się nawet nowy prezydent Munsif Marzuki wybrany przez Zgromadzenie Narodowe kilka dni temu.
Buazizi, który za 150 dol. miesięcznie utrzymywał ośmioosobową rodzinę, handlował na ulicy, sprzedając z wózka
warzywa i
owoce (pomnik ma właśnie jego kształt); ponoć marzył mu się
samochód dostawczy. Rodzina opowiada, że miał wyjątkowego pecha - nigdy nie udało mu się dostać stałej pracy, nie przyjęli go nawet do wojska.
Kiedy 17 grudnia ub.r. odmówił zapłacenia urzędnikom kolejnej łapówki, został publicznie pobity i upokorzony, a jego towar skonfiskowano. Próbował poskarżyć się w biurze gubernatora, a kiedy mu odmówiono, stanął pod urzędem, oblał się
benzyną i podpalił, krzycząc: "Dlaczego nikt nie chce mnie wysłuchać?".
Przewieziony do szpitala z oparzeniami obejmującymi 90 proc. ciała, zmarł po dwóch tygodniach, a pogrzeb, na który przyszły tysiące ludzi, zmienił się w pierwszy potężny protest. - Pomścimy cię, Muhammad, winni twojej śmierci niedługo zapłaczą! - skandowali demonstranci. W kolejnych tygodniach coraz więcej Tunezyjczyków protestowało przeciwko biedzie, korupcji i dyktaturze rządzącego od blisko ćwierć wieku prezydenta Zajna Abidina ben Alego. W starciach z policją zginęło kilkadziesiąt osób. W połowie stycznia Ben Ali abdykował i uciekł do Arabii Saudyjskiej.
W ślady Tunezyjczyków poszli mieszkańcy Egiptu, Libii i Jemenu, którzy doprowadzili do ustąpienia swoich dyktatorów. Syryjczycy i mieszkańcy Bahrajnu nadal protestują. żądając obalenia reżimów w ich krajach.
Pomnik w Sidi Bu Zajd to nie pierwszy sposób na uhonorowanie Buaziziego. W ubiegłym tygodniu został on pośmiertnie wyróżniony Nagrodą im. Sacharowa przyznawaną przez Parlament Europejski osobom zasłużonym w walce o wolność.