Od premiera nie dowiedzieliśmy się co prawda, jaka będzie przyszłość Unii, ale tego nie wiedzą nawet najmożniejsi tego świata. Naiwnością było też oczekiwać, że ktokolwiek kogokolwiek w tej debacie przekona. Od momentu, gdy Ludwik Dorn (Solidarna
Polska) zarysował podział społeczeństwa na część, która chce być grupą "ludowo-tubylczą" (PO, PSL, SLD i RP), i tę, która chce być "narodem" (oczywiście PiS i Solidarna Polska), jakakolwiek nić porozumienia zdaje się zerwana.
Podczas tej debaty jednak, w odróżnieniu od wiecu, na którym rację ma ten, kto krzyczy najgłośniej, obie strony - i ta "ludowo-tubylcza", i ta "narodowa" - musiały przedstawić swoją wizję przyszłości Polski w Unii.
Donald Tusk zaproponował Polakom coś na kształt zakładu Pascala (XVII-wieczny francuski filozof próbował wykazać w nim, że opłaca się wierzyć w Boga). Tusk przekonywał, że opłaca się założyć, że Platforma chce dobrze dla kraju, bo chce przedłużyć swoje rządy. A PiS chce rządy przejąć, więc opłaca mu się pogorszenie sytuacji.
Jednak od powodzenia projektu europejskiego zależy nie tylko przyszłość rządu PO-PSL. Zależy powodzenie wielkiego projektu modernizacyjnego, który jest realizowany w Polsce od lat 90., kiedy rozpoczęliśmy starania o wejście do Unii. Bo jeśli rozpadnie się
strefa euro, a dumny polski patriota nie będzie chciał wspomóc "leniwego" Włocha, nawet w formie pożyczki do
MFW, to ów "leniwy" Włoch nie będzie chciał wpłacać pieniędzy do
budżetu europejskiego, by wspierać Polskę (Włochy są ciągle jednym z większych płatników netto w Unii).
Tusk zaznacza, że ta droga jest niepewna, bowiem niepewna jest przyszłość Unii. Śmiem twierdzić, że dbanie o powodzenie tego projektu w imię interesu Polski jest miarą patriotyzmu.
Ale przecież jest też projekt inny - otwarcie prezentowany na sejmowej sali. PiS, który zastrzega, że nie jest antyunijny, słowami swojego eksperta ekonomicznego Jerzego Żyżyńskiego ocenia, że nie warto wchodzić do domu, który się wali (chodzi o strefę euro) i remontować go, skoro od początku został źle wybudowany. Inni posłowie PiS mówią z kolei, że "nie na taką Unię się umawiali". Jak przekonywał wczoraj poseł Krzysztof Szczerski, lekarstwem na obecną sytuację jest mniej integracji (czyli unijnej centralizacji), a więcej wolności - cokolwiek ta teza w chwili, gdy euro się wali, ma znaczyć.
Prawda jest taka, że zawsze lekko eurosceptyczny PiS z powodu katastrofy euro i być może całej Unii płakać nie będzie. Wszak tylko w ten sposób w kraju może wybuchnąć kryzys. A ten może utorować PiS drogę do władzy. A wtedy da się skonstruować postulowany w okresie IV RP model nowoczesnego patrioty. Jakiego? Biednego, nieufnie patrzącego na Europę,
Niemcy, Rosję i w ogóle wszystkich. Cóż, jest to jakiś wybór i jest to wybór prawdziwy.
Najbardziej niepokojące jest jednak to, że rozwiązanie sporu, która ze stron ma rację, może nastąpić w ciągu paru tygodni. A Tusk, Kaczyński, polski Sejm oraz rząd nie będą zapewne mieli na to najmniejszego wpływu. Ciągle istnieje poważne niebezpieczeństwo, że strefa euro się rozpadnie. Wtedy "grupa narodowa" będzie mogła realizować swoje marzenia. Tylko nie wiadomo za czyje pieniądze.