http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Stracona szansa placu Błotnego

Wacław Radziwinowicz, Moskwa
2011-12-15, ostatnia aktualizacja 2011-12-15 15:06

Protesty przeciw nieuczciwym wyborom, a szczególnie wielotysięczny sobotni wiec opozycji na placu Błotnym w Moskwie pokazały, że liberalna opozycja rosyjska nie dojrzała do wielkiej zmiany w Rosji.

Wacław Radziwinowicz
fot. Agencja Gazeta
Wacław Radziwinowicz
Niebywała fala powyborczych protestów przetaczająca się przez Rosję dowodzi, że epoka Władimira Putina wcale nie jest czasem straconym dla rosyjskiej demokracji. Stabilizacja sytuacji w kraju, czym szczyci się "przywódca narodu", pozwoliła dojrzeć i nabrać sił nowej generacji gotowej stworzyć prawdziwe społeczeństwo obywatelskie.

Czy znaczy to, że już teraz w Rosji nastąpią wielkie przemiany? Nie. Protesty, a szczególnie wielotysięczny sobotni wiec opozycji na placu Błotnym w Moskwie pokazały też, że liberalna opozycja rosyjska do nich nie dojrzała.

To paradoks, ale epoka Borysa Jelcyna, który obiecywał budowę wolnego społeczeństwa, zraziła Rosjan do demokracji. Bałagan, bandytyzm, błyskawicznie rosnące fortuny oligarchów przejmujących za grosze na fałszywych przetargach to, co kraj ma najcenniejszego, zraziły ludzi do udziału w polityce. Za Jelcyna Rosjanie zaczęli nazywać prywatyzację "prychwatyzacją" (od "prychwatit" - zagarnąć), a demokrację "diermokracją" (od "diermo" - gówno).

Dlatego prezydent Putin ze swoimi obietnicami stabilizacji połączonej z przykręcaniem śruby był nie tylko przyjęty przez rodaków bez większego oporu, ale i zaakceptowany. Popularność Putina rekordowo długo utrzymywała się na rekordowo wysokim poziomie, a Rosjanie z ulgą odwrócili się od polityki.

Ale powoli i ku zaskoczeniu władzy dojrzewali do powrotu do polityki. Państwo odebrało im wiele swobód obywatelskich, narzuciło ostrą cenzurę oficjalnym mediom. Ale nie odebrało wolności podróżowania, pozostawiło swobodę internetowi. W Moskwie inżynier, ekonomista czy początkujący prawnik bez trudu znajdzie dziś pracę za równowartość 7 tys. zł miesięcznie. I stać go na coroczną wyprawę za granicę czy dobry komputer. Do internetu ma stały dostęp co najmniej 40 proc. Rosjan.

Realny i wirtualny kontakt ze światem, swobodna informacja o rzeczywistej sytuacji w Rosji podpowiedziała im, że warto i należy być obywatelem upominającym się o swoje prawa, a dzisiejszy ustrój nie daje im perspektyw rozwoju.

Protest przeciw sfałszowaniu wyborów parlamentarnych z 4 grudnia niesłusznie nazywają na świecie "buntem sytych". To są masowe wystąpienia ludzi pewnych swej wartości, ciężko pracujących, którzy widzą, że w anachronicznie zarządzanym i skorumpowanym państwie ich wysiłki nie przyniosą im niczego więcej niż to, czego się już dorobili.

Trzeba przyznać, że Kreml szybko i sprytnie zareagował na protesty. Dwa dni po wiecu na Błotnym młody, uważany za liberała playboy i oligarcha Michaił Prochorow ogłosił, że weźmie udział w wyborach prezydenckich, a liberalny ekonomista, były wicepremier Aleksiej Kudrin - że chce stworzyć nową demokratyczną partię. Obaj są związani z obozem władzy więc ich deklaracje należy rozumieć jako podjętą przez Kreml próbę zagospodarowania protestującej części elektoratu.

Liberalna opozycja przegrała swoją pierwszą wielką szansę. Zaczęło się od głupiej, zupełnie niepotrzebnej kłótni o to, gdzie w Moskwie ma być w sobotę protest przeciw sfałszowaniu wyborów.

Władze początkowo zgodziły się na plac Rewolucji w pobliżu Kremla o ile przyjdzie tam nie więcej niż 300 ludzi. Potem Borys Niemcow z Partii Wolności Narodowej (PASRNAS) dogadał się z merostwem, że na placu Błotnym może się zgromadzić do 30 tys. manifestantów. I zaczęła się awantura. Część kolegów opozycjonistów oskarżyła byłego wicepremiera o zdradę. Napadli na niego szef Partii Nacjonal-Bolszewików pisarz Edward Limonow i Jewgienija Czirikowa, wsławiona oporem przeciwko wyrąbywaniu lasu w podmoskiewskich Chimkach. Chcieli przekształcić protest w awantury uliczne, a demonstracja na placu Rewolucji skończyłaby się w najlepszym wypadku tylko pałowaniem.

Nie rozumieli, że tym razem chodzi o to, by pokazać, że protestujących jest wielu, że umieją manifestować pokojowo i nie dadzą państwowym telewizjom nakręcić obrazków dowodzących, że opozycja to anarchia, płonące samochody, rozbite witryny i krew.

Czirikową i jej kolegów udało się jakoś przekonać, by ze swoimi zwolennikami z placu Rewolucji pod kordonem policji przeszli na Błotny. Limonow się obraził, obsobaczył "kolaborantów" i zamiast na demonstrację, pojechał do domu.

Drugą szansę poróżnieni opozycjoniści stracili w czasie swojego wiecu. Dziś bylibyśmy już w innej Rosji, gdyby któryś z nich został ogłoszony i zaakceptowany przez tłum jako niezależny kandydat na prezydenta, konkurent Putina w wyborach 4 marca przyszłego roku. Mógłby to być choćby Niemcow, rozsądny i lubiany Władimir Ryżkow czy też siedzący w tym czasie w areszcie za udział we wcześniejszych protestach coraz bardziej popularny bloger i demaskator korupcji Aleksiej Nawalny. Wszystko to można było przeprowadzić od ręki.

Nie jest pewne, że władze zechciałyby zarejestrować i dopuścić do udziału w wyborach kandydata z Błotnego. Ale odmówić byłoby trudno. A w takim wypadku demonstranci dostaliby to, o co im naprawdę chodziło - wybory, o uczciwość których zadbaliby sami, zgłaszając się do pracy w komisjach wyborczych. Pytałem o to młodych ludzi w czasie sobotniego wiecu i prawie każdy z nich obiecywał, że chętnie zgłosi się do pracy przy wyborach.

Przywódcy opozycji wzywają swoich zwolenników na kolejny wiec 24 grudnia. Ale wtedy będzie już za późno na zgłoszenie kandydata na prezydenta. Okazję zmarnowali. Miejsce, które mógłby zająć któryś z nich, zostało puste. I Kreml postępuje absolutnie logicznie, lokując na nim Prochorowa.

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • 1
  • 1
  • 1
  • 9 komentarzy
  • Drukuj
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    18 głosów

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':