Socjaldemokratyczny kanclerz RFN Helmut Schmidt nie wydawał się zbytnio przejęty wprowadzeniem stanu wojennego w Polsce. Nieoficjalnie dawał do zrozumienia, że z tego nawet się cieszy, bo w oczach niemieckiej lewicy karnawał Solidarności zagrażał stabilności i pokojowi w Europie.
Niemcy z RFN paczki z pomocą zaczęli słać jeszcze przed wprowadzeniem stanu wojennego, poruszeni opowieściami o pustych sklepowych półkach i głodujących dzieciach w szpitalach. Po wprowadzeniu stanu wojennego akcja pomocowa osiągnęła gigantyczne rozmiary. W 1982 r. Bundestag zwolnił przesyłki do Polski z opłat. W sumie pocztą lub w transportach do Polski przysłano ponad 30 mln niemieckich paczek. O skali niemieckiej pomocy opowiada film dokumentalny "Paczki dla Solidarności" w reżyserii Lwa Hohmanna.
Bartosz T. Wieliński: - Gdyby nie ruszył pan z pomocą dla mieszkańców Lubania na Dolnym Śląsku, pana syn nie poznałby przyszłej żony...Peter Platzers: - Gdy jesienią 1980 r. pakowaliśmy z żoną pierwszą paczkę z żywnością, nasz syn Michael włożył do niej kolorową książeczkę
dla dzieci o przygodach misia Petzi. W środku była karteczka: "kto dostanie tę książkę, niech do mnie napisze'' i adres. Jak się okazało paczkę dostała rodzina Marty Lisiewskiej, a Michael dostał od niej list.
W 1987 r. po raz pierwszy pojechałem z synem do Lubania. Musiałem wykłócać się z polskimi celnikami na granicy, było nieprzyjemnie, ale w końcu wpuścili nas do Polski. Wówczas Michael poznał Martę. Pięć lat później wzięli ślub. To całkiem niespodziewane zakończenie.
Co pana pchnęło, by poświęcać swój czas i jeździć setki kilometrów pomagać Polakom?W 1980 r. nasz ksiądz - dziekan z Bayreuth Siegbert Keiling - zapytał mnie, czy znalazłbym trochę czasu i pomógł zorganizować wysyłkę darów do Polski. Nawiązał kontakt z polskim prawnikiem z Warszawy (pamiętam, że miał na imię Mirek i po upadku komunizmu został sędzią sądu najwyższego). Opowiedział on o tym, w jak fatalnej sytuacji znalazł się kraj.
Od razu się zgodziłem. Jesienią plany zaczęły nabierać kształtów. Przez kilka tygodni zbieraliśmy paczki - w sumie mieszkańcy naszego dekanatu zebrali 1200 sztuk. Herbert Haberzeth, znajomy, który miał firmę spedycyjną postanowił je zawieźć. 4 grudnia ruszyliśmy do Bytomia, paczki odebrał i rozdzielał tamtejszy proboszcz. Dopiero na miejscu okazało się, że na Górnym Śląsku jeszcze nie jest najgorzej, bo komunistyczna władza jakoś zaopatruje górników. Katastrofa była na prowincji. Wybraliśmy Lubań, miasto między Zgorzelcem, a Jelenią Górą - z tego miasta pochodził ks. Keiling. Tam bieda aż piszczała. Sklepy puste, nie było lekarzy. Po raz pierwszy przyjechaliśmy tam z paczkami w styczniu 1982 r. Dary zwoziliśmy do klasztoru sióstr Magdalenek: mleko w proszku dla dzieci, mąkę, masło, margarynę, lekarstwa, środki czystości. To na nie spadł obowiązek podzielenia darów. Siostry wiedziały, jaka rodzina najbardziej potrzebuje pomocy, bo np. internowano męża.
Podobno dwa razy po dary zgłosili się funkcjonariusze partyjni, ale odprawiono ich z kwitkiem.
W PRL tak po prostu otwierano przed wami graniczne szlabany?A gdzie tam. Wydawało mi się, że najtrudniej będzie przejechać przez NRD, bo przecież Polacy nie będą nam robić problemów, skoro chcemy im pomóc. A celnicy robili wszystko by nas zniechęcić. W stanie wojennym godzinami trzymali nas na przejściu granicznym, potem wysłali nas do koszar, gdzie poborowi rozcinali paczkę po paczce i wysypywali zawartość.
Potem dowiedzieliśmy się, że w Lubaniu działały drugie co do wielkości struktury "Solidarności" na Dolnym Śląsku. Władza myślała, że dlatego tak się angażujmy.
Jakiś czas temu rozmawialiśmy z byłym oficerem peerelowskiej straży granicznej. Mówił, że polecenie, by nas nękać przyszło z samej góry. Nawet gdy nas nie rewidowano i nie grzebano w paczkach, byliśmy pod stałą obserwacją.
Ówczesne władze RFN dość krytycznie podchodziły do Solidarności, bo ich zdaniem destabilizowała Europę. A wprowadzenie stanu wojennego uznał za mniejsze zło. To pana nie zniechęcało?Nie, bo mnie nie interesowała nas polityka. Nie jestem wypędzonym, nie miałem rodziny w Polsce. Chciałem po chrześcijańsku pomóc ludziom w potrzebie. Tym bardziej, że Niemcy przez popełnione podczas wojny zbrodnie miały wobec Polski wielki dług. Coś udało nam się z niego spłacić.
Pamiętam, że jak zbieraliśmy dary to
samochód zapełniał się błyskawicznie. Paczki były tak wielkie, że czasem trzeba je było przepakowywać do mniejszych, bo nie dało się ich załadować. A celnicy z PRL wymagali, by w każdej paczce była lista towarów. Zawartość musiała się zgadzać co do sztuki. A dary przynosili także ewangelicy, choć zbiórkę prowadzono pod egidą katolickiej parafii. W Polsce wówczas ludzie trochę tego nie rozumieli, jak katolik może robić coś razem z protestantem. Przygotowanie transportu do drogi trwało kilka tygodni. By wyjechać do Polski brałem kilka dni urlopu.
Jak was przyjmowali mieszkańcy Lubania?Ciepło i serdecznie. Trochę nas to dziwiło, bo wówczas propaganda straszyła Niemcami, a w telewizji na okrągło leciały wojenne filmy o niemieckich zbrodniach. Co ludzie myślą o Niemczech było widać na starym cmentarzu. Niemieckie groby były zniszczone, na niektórych wymalowano swastyki. Ten lód między narodami pękł jednak bardzo szybko.