Marcin chodzi do szkoły w
Zielonej Górze. Nie jest prymusem. Ma problemy z koncentracją i koordynacją. Dwa razy zmieniał podstawówkę. Musiał - koledzy się z niego śmiali, wiecznie chowali mu plecak.
Marcin, wtedy szóstoklasista, w czerwcu pojechał z klasą na wycieczkę do Warszawy. Zawsze dawał znać rodzicom, że dojechał. Tym razem telefon milczał. Matka napisała do wychowawczyni SMS. Pytała, czy wszystko w porządku. Nauczycielka zapewniła, że tak.
Po powrocie do domu Marcin się popłakał. - Miał siniaki na nogach. Koledzy dla "zabawy" skopali go już w pociągu. W pokoju podciągali go za majtki w górę - opowiada pani Irena, mama chłopca. - Jeden z uczniów trzymał syna w górze, reszta biła go po plecach, palcami wbijali "wtyczki w brzuch". Bili po karku. Marcin miał siniaki, krwiaki i otwartą ranę na tyłku. Zagrozili synowi, że jak pójdzie na skargę, to "stłuką mu mordę w parku". A gdy mimo to zdecydował się powiedzieć wychowawczyni, usłyszał od niej, że na wycieczce nie ma kablowania. Trzy dni chodził po
Warszawie z otwartą raną na tyłku. Nie mógł usiąść z bólu. Wrócił zamknięty, wystraszony. Chodzimy do psychologa.
Po wycieczce mama chłopca napisała skargę do dyrektorki szkoły. - Nauczycielka otrzymała naganę, uczniom obniżono ocenę z zachowania z wzorowej na nieodpowiednią. To surowa kara. Uczniowie kończyli szóstą klasę, z taką cenzurką mogli mieć kłopoty z przyjęciem do dobrego
gimnazjum - opowiada pani Irena. I prosi, by "Gazeta" nie podawała nazwy szkoły. - Dyrektorka zachowała się z klasą. Nie zamiotła sprawy pod dywan. Winni zostali ukarani.
Mimo to matka skontaktowała się z prawnikiem i zleciła obdukcję lekarską. Adwokat wystąpił o odszkodowanie do ubezpieczyciela szkoły. Podstawówka miała ważną polisę OC. Kilka dni temu ubezpieczyciel wypłacił rodzicom Marcina ponad 5 tys. zł. Za to, że nauczycielka nie sprawowała należytej opieki nad uczniami.
- Gdyby
szkoła nie była ubezpieczona, żądalibyśmy odszkodowania od samorządu, który prowadzi szkołę. Wypadków w szkołach jest dużo. By uniknąć takiego ryzyka, szkoły muszą się ubezpieczać. Inaczej będą przegrywać przed sądami - opowiada Hubert Szarata, adwokat z Zielonej Góry.
Kilka miesięcy temu pozwał gminne przedszkole. Dziecko rozcięło sobie głowę o huśtawkę. Rodzice uznali, że nauczycielka nie zadbała o bezpieczeństwo. Przedszkole nie miało polisy OC, odszkodowanie - kilka tysięcy złotych - wypłacił samorząd.
Według prawników wypadki, które wynikają z zaniedbań opiekuńczych w szkołach, mogą być żyłą złota dla firm odszkodowawczych. Te do tej pory nastawiały się na odszkodowania komunikacyjne. Czas poszerzyć rynek.
Maciej Kuźmicz, rzecznik prasowy Ergo Hestia, przyznaje, że polisy OC dla nauczycieli wykupuje większość gmin w Polsce. - Od kilku lat utrzymujemy rosnący trend. Gminy coraz częściej zawierają polisy, które mają uchronić od odpowiedzialności za błędy swoich pracowników, a takimi są właśnie nauczyciele. Wiele samorządów zrozumiało, że odszkodowania przy poważnych wypadkach mogą sięgać nawet kilkuset tysięcy złotych. Takie wypłaty mogłyby pogrążyć budżety małych samorządów - tłumaczy Kuźmicz. I przyznaje, że coraz więcej polis zawieranych jest na wyższe sumy. - Różnica w składce nie jest wielka, a jeśli dojdzie do ciężkiego wypadku, ubezpieczyciel może także wziąć na siebie wypłacanie renty.
W Zielonej Górze każda z miejskich szkół ma dwie polisy. Pierwsza - zawarło ją grupowo miasto - ubezpiecza same budynki. Druga - obligatoryjnie zawierają ją dyrektorzy szkół - ma uchronić nauczycieli i pracowników od odpowiedzialności cywilnej. Od kilku lat samorząd nie wypłacił żadnego odszkodowania. - Robią to ubezpieczyciele - tłumaczy Wioleta Haręźlak, wiceprezydent Zielonej Góry. - Ostatnio klucz pozostawiony w szafce wbił się uczniowi w łydkę. Dziecko straciło opuszek palca, bo przeciąg zatrzasnął drzwi. Za wszystko może odpowiedzieć nauczyciel.
Dyrektorka zielonogórskiej podstawówki: - Nauczyciel nie jest w stanie przewidzieć wypadków. Dzieci mają zaskakujące pomysły i duży temperament. Dlatego trzeba być ubezpieczonym od odpowiedzialności cywilnej nauczycieli.