Swego czasu w wywiadzie Nikita Siergiejewicz powiedział mi, że człowiek pół życia pracuje na nazwisko, a drugie pół - nazwisko pracuje na człowieka. Aforyzm niezły, tyle że zaprzecza karierze aforysty
Fot. Kino Świat
Nikita Siergiejewicz Michałkow (ur. w 1945 r.) - rosyjski aktor, reżyser...
Od piątku na naszych ekranach "Spaleni słońcem 2", film życia słynnego rosyjskiego reżysera i aktora Nikity Michałkowa. Jest to ciąg dalszy nagrodzonej Oscarem duszeszczypatielnej historii Siergieja Kotowa, legendarnego dowódcy, faworyta Stalina rozstrzelanego w czystkach lat 30. ubiegłego wieku
W sequelu Siergiej Kotow (w wykonaniu Michałkowa) nieoczekiwanie ożywa: okazuje się, że wyrok śmierci zamieniono mu na łagier. Ucieka stamtąd w czerwcu 1941 roku podczas niemieckiego bombardowania i w batalionie karnym dzielnie walczy z hitlerowską nawałnicą. Zmartwychwstaje też jego żona Marusia i wraz z córką Nadią (Nadieżda Michałkowa) żyją sobie pod opiekuńczymi skrzydłami inteligenta czekisty Mitii Arsentjewa (Oleg Mieńszykow). I on powstał z martwych po podcięciu sobie żył w wannie, awansował na majora NKGB, a teraz los w osobie tytułowego słońca - Stalina, każe mu odnaleźć Kotowa i wręczyć mu tajemniczą teczkę. Równolegle w chaosie wojny Kotowa szuka córka Nadia, która na naszych oczach z małoletniej pionierki przeistacza się w piersiastą sanitariuszkę.
Próba połączenia wątku lirycznego (ojciec - córka), detektywistycznego (Kotow - Arsentjew), epopei wojennej w stylu Bondarczuka wzbogaconej o współczesne efekty specjalne rozsadziła ramy jednego filmu. Powstała dylogia, której pierwsza część "Priedstojanije" ("Obrona", 181 ekranowych minut) powinna wzbudzić u widzów apetyt na finał pt. "Cytadela" (157 minut). Oprócz tego 5 grudnia na kanale Rossija wystartował 13-odcinkowy serial telewizyjny "Spaleni słońcem 2", do którego nakręcono dodatkowe trzy i pół godziny akcji.
Nasza odpowiedź Spielbergowi
O kontynuacji "Spalonych słońcem" Michałkow myślał od obejrzenia w Paryżu "Szeregowca Ryana" Spielberga. "Po takich filmach młode pokolenia rosną w przekonaniu, że II wojnę światową wygrali Amerykanie" - tłumaczył w wywiadach wewnętrzną potrzebę obalenia hollywoodzkich mitów.
Poród patriotycznego blockbustera trwał niemal dziesięć lat. Pod 320-stronicowym scenariuszem, którym dysponuję - wariant z czerwca 2005 roku - podpisanych jest pięć osób (w tym Michałkow i reżyser Gleb Panfiłow) i dwóch twórców dialogów. Scenariusz powstawał cztery lata, tyle samo trwały zdjęcia. Premiera przewidziana na 60. rocznicę zwycięstwa nad Hitlerem odbyła się pięć lat później, w kwietniu 2010 roku, za to na Kremlu i z triumfalnym bankietem. Poprzedzone gigantyczną reklamą dzieło skierowano do kin w niesłychanej ilości 1079 kopii. (Dla porównania - "Powrót" Andrieja Zwiagincewa, laureat dwóch Złotych Lwów w Wenecji, miał w Rosji 19 kopii. Nakręcony za 400 tys. prywatnych dolarów dał producentowi ponad pół miliona dolarów w Rosji i 4 mln na świecie).
Mimo wszystkich zabiegów marketingowych dzieło życia Michałkowa poniosło klapę. Sale kinowe świeciły pustkami, recenzje były bezlitosne.
„Mało przejmujących epizodów, choć dużo naturalistycznych scen śmierci, przemocy, okrucieństwa. Zamiast prawdziwych ludzkich cierpień jest imitacja balansująca na granicy złego smaku” - napisała Ksienia Łarina z Echa Moskwy. „To nie nasza odpowiedź Spielbergowi, tylko rodzima wersja » Bękartów wojny «Tarantina. Tyle że u Tarantina jest sensowna fabuła, dobry montaż, genialny Chistoph Waltz i Brad Pitt jako gwiazda. A u nas - zbiór oderwanych krótkometrażówek, kiepskie aktorstwo i nijaki scenariusz” - wyrokował Dmitrij Puczkow. Film przyjęty w ub. roku do konkursu w Cannes wyjechał bez nagród. Francuskie media mówiły o gloryfikacji stalinizmu, a Tadeusz Sobolewski, stały sprawozdawca „Gazety”, bez ogródek nazwał go kiczem.
Co do mnie, to obejrzałam "Priedstojanije" czterokrotnie. Mam tam ulubione fragmenty, poczynając od sceny snu Kotowa, i ulubione role - Jewgienija Mironowa jako dowódcy batalionu karnego i Siergieja Makowieckiego w roli oficera SMIERSZ-u. Przekonujący jak zwykle jest Mieńszykow. Przede wszystkim jednak od kilkunastu lat nurtuje mnie pytanie: co się stało ze wspaniałym reżyserem i aktorem Nikitą Michałkowem?! Pal licho nieudaną komercję pt. "Cyrulik syberyjski" (1998) i populistycznych i publicystycznych "Dwunastu" (2007). Dlaczego jednak nie udźwignął artystycznie tak istotnego dla siebie i przyszłości Rosji tematu jak rozliczenie ze stalinizmem?
Winni są inteligenci
Nikita Michałkow zaczął grać w kinie jako 13-latek, cztery lata później zasłynął rolą i piosenką z filmu "Chodząc po Moskwie" Gieorgija Danielii. Za przykładem starszego brata Andrieja Konczałowskiego ukończył instytut filmowy WGIK. Mimo koneksji ojca, autora hymnu, po studiach uczciwie odsłużył trzy lata w marynarce wojennej. Wkrótce po brawurowym debiucie reżyserskim "Swój wśród obcych, obcy wśród swoich" (1974) nakręcił jedno po drugim dzieła, które uczyniły go klasykiem ekranu. Gdy przywołuję tytuł "Niewolnica miłości" (1975), niemal słyszę, jak Jelenie Sołowiej drży w ręce porcelanowa filiżanka: właśnie na jej oczach zabito ukochanego mężczyznę. "Niedokończony utwór na pianolę" (1976), "Pięć wieczorów" (1978), "Kilka dni z życia Obłomowa" (1979), "Oczy czarne" (1987), "Urga. Terytorium miłości" (1991) fascynowały widzów i wracały z festiwali ze Złotymi Lwami, Złotymi Muszlami. Dwa ostatnie tytuły nominowano do Oscara.
Michałkow aktor, przystojniak z zabójczym wąsem, był przedmiotem westchnień damskiej części Związku Radzieckiego. Ach, jak flirtował z Ludmiłą Gurczenko w "Syberiadzie" Konczałowskiego, jaki był do cna rosyjski ze złotymi zębami w roli chamskiego konduktora ("Dworzec dla dwojga"). Jego portret w białym garniturze z "Gorzkiego romansu" tegoż Riazanowa do dzisiaj wisi nad niejednym biurkiem. Mnie także Nikita, wycięty z czeskiego tygodnika, przez lata patrzył w oczy.
Ostatnim jego dziełem, które odniosło niekłamany sukces, byli "Spaleni słońcem": film utrzymał się na rosyjskich ekranach cztery miesiące. Było to w roku 1994, gdy sale kinowe wynajmowano na salony Mercedesa lub kasyna, a właścicielom ocalałych kin rodzima produkcja wyznaczała prostą drogę do bankructwa - widzowie się żywili pop-cornem i trzeciorzędną hollywoodzką produkcją. Film nakręcony za 2,8 mln dolarów zarobił w Rosji 2,4 mln dolarów, a potem z Grand Prix w Cannes i Oscarem trafił do kin na świecie.
Ale rosyjscy krytycy już wtedy zgłaszali wątpliwości co do ideologii dzieła. Świetlany Kotow, człowiek z ludu i bohater wojny domowej, musiał mieć ręce unurzane we krwi, lecz nie czuł się czemukolwiek winien. Swoje szczęście zbudował na usunięciu rywala do ręki Marusi: z byłego białogwardzisty Mitii uczynił konfidenta Czeka i trzymał go w Paryżu, dopóki nieszczęśnik nie wydał ośmiu białych generałów. Mitia pojawiał się w kadrze, ale nie jako ofiara intrygi Kotowa, tylko jako zdradziecka kanalia. Zresztą całą profesorską rodzinę Marusi potraktowano ironicznie: nieżyciowi idealiści, słabeusze - krytyk "Kommiersanta" Andriej Płachow, którego recenzję streściłam, mimo wszystko nie krył uznania dla emocjonalnej siły filmu.
Kilka lat później reżyser otwartym tekstem deklarował pogardę dla raznoczyńców, z których powstała rosyjska inteligencja. Obwiniał ją (w tym klasyków literatury) o sukcesywną walkę z monarchią, idealnym dla Rosji ustrojem i - tym samym - utorowanie władzy bolszewikom. Zamówił dla całej rodziny sygnety rodowe na znak arystokratycznego pochodzenia.