Ci, którzy pamiętają pierwsze godziny stanu wojennego, przypominają sobie ten strach, wściekłość, poczucie rezygnacji. Zniszczono wtedy nasze nadzieje. Zginęli ludzie. Wielu ludzi. Wielu musiało wyjechać z kraju, a emigracja wcale nie była paszportem do lepszego życia; nie wszystkim się udało.
30. rocznica wprowadzenia stanu wojennego powinna łączyć. Bo to nasza wspólna sprawa, żeby pamięć o tamtych czasach nie utonęła w morzu historii, by nowe pokolenia wiedziały, co się wtedy wydarzyło.
30 lat temu nienawidziliśmy swojego państwa, bo państwo to była bezpieka, WRON, represje. Ludzie wychodzili na ulice, bo nie było innego miejsca, gdzie można było publicznie wypowiedzieć swoje niezadowolenie i sprzeciw. Sejm, lokalne rady narodowe, media - wszystko, co publiczne, podporządkowano władzy, i nie była to władza z demokratycznego wyboru. Władza niepokornych zamykała, zastraszała, czasem nawet mordowała. Każdą demonstrację brutalnie rozbijała. Własne państwo okazało się oprawcą znacznie groźniejszym od zewnętrznego wroga.
Stan wojenny uczył ludzi odwagi, zaangażowania, konieczności uczestnictwa w życiu publicznym i niestania z boku. Polityka wkroczyła do szkół, nie mogliśmy być obojętni, bo obojętność oznaczała zdradę.
W imię szacunku dla tamtych lat chętnie poszłabym w marszu niepodległości, by przypomnieć sobie tamte wybory i tamten nastrój, nawet jeśli wspomnienia są bolesne. Poszłabym, by oddać hołd tym, którzy wtedy odeszli. Poszłabym, tak jak wtedy, gdy my, uczniowie z Krakowa, jechaliśmy do Warszawy na pogrzeb ks. Jerzego Popiełuszki, a w pociągu wypełnionym po brzegi żałobnikami panował podniosły nastrój. Albo tak jak wtedy, gdy w białym marszu maszerowaliśmy po zamachu na
papieża.
Poszłabym więc w marszu wolności, ale nie w marszu wykluczenia. To, co zaproponował
PiS, jest cyniczną próbą wykorzystania rocznicy do własnych politycznych celów i próbą zawłaszczenia pamięci. Nikt nie ma prawa odbierać nam tamtych wspomnień i doświadczeń, które były jak egzamin dojrzałości, dużo ważniejszy niż ten szkolny, zdawany kilka lat później. Nie rozumiem, przeciwko czemu ma być ten marsz. Przeciwko Europie, o której wtedy marzyliśmy? Toż to kompletny nonsens.
A nawet gdybym wybrała się na ten polityczny marsz PiS, to wiem, jakby to się skończyło. Stekiem inwektyw. Według organizatorów marszu tylko oni mają monopol na patriotyzm, tylko oni mogą czcić pamięć stanu wojennego, tak jak wcześniej tylko oni mogli opłakiwać śmierć prezydenta w katastrofie smoleńskiej. A ja nie chcę, żeby ktoś mi mówił, jak mam obchodzić rocznicę 13 grudnia, nie chcę, żeby mnie ktoś wykluczał z kręgu osób dotkniętych traumą stanu wojennego.
Nie namawiam do konkurencyjnego marszu w dniu 13 grudnia. Lepiej ten dzień przeżyć nie na ulicy wśród wyzwisk i pogardy, ale z bliskimi ludźmi, z którymi łączy nas wspólny los. Wy nas na szczęście nie podzielicie.
Katarzyna Kolenda-Zaleska (Fakty TVN)