Do niedawna nasze wybory w polityce europejskiej były oczywiste. Kolejne rządy - lewicowe i prawicowe - starały się wprowadzić Polskę do Unii Europejskiej. Podczas negocjacji walczyliśmy o to, by zachować przez jakiś czas specjalny status, należny krajowi na dorobku. Liczyliśmy przede wszystkim na
fundusze europejskie, dopłaty bezpośrednie dla rolników, otwarcie europejskiego rynku dla polskich towarów i usług. Traktowaliśmy Unię jak bogatego wujka, który pomaga, bo ma z czego, choć czasem karci, jeśli łamiemy zasady, obowiązujące we wspólnym domu. Nie staraliśmy się tych zasad zmieniać, znając swój ograniczony potencjał.
To była łatwa polityka. Brać jak dają, walczyć o więcej, narzekać na biedę odziedziczoną po 40 latach komunizmu, apelować do sentymentów Europejczyków, czasami delikatnie przypomnieć, kto zaczął wojnę i kto nas zdradził.
Dziś łatwa polityka się skończyła. Już nie jesteśmy biednym narodem, który wyciąga rękę po pomoc. Choć wciąż nasz dochód narodowy na głowę mieszkańca jest niższy niż średni w Unii Europejskiej, dystans do bogatych krajów wyraźnie się zmniejszył. Częściowo dlatego, że rośliśmy szybko, a częściowo z powodu kryzysu, który sprawił, że wiele krajów Zachodniej Europy przestało rosnąć lub nawet zanotowało spadek
PKB.
Unia Europejska przeżywa kryzys i zastanawia się, jak z niego wyjść. Ujawniają się sprzeczności interesów między krajami członkowskimi i koncepcji reformowania Unii. W tej sytuacji prosta odpowiedź - więcej Unii (a w domyśle, więcej funduszy ze wspólnej kasy) nie wystarcza. Przed nami są wybory znacznie bardziej skomplikowane i ryzykowne.
Pakt Fiskalny, który polski rząd zdecydował się podpisać, nie jest naszym sukcesem. Weźmiemy na siebie cząstkę odpowiedzialności za długi krajów
strefy euro, przekazując do Międzynarodowego Funduszu Walutowego część naszych rezerw walutowych. Być może będziemy musieli się zgodzić na częściową unifikację systemów podatkowych, co może, choć nie musi oznaczać wzrost niektórych podatków. To cena za miejsce w głównym nurcie Unii Europejskiej.
Rozwiązanie alternatywne - pozostanie razem z Wielką Brytanią poza Paktem Fiskalnym - było zapewne wyjściem gorszym. Może się okazać, że za kilka lat dzisiejsza Unia zniknie i pozostanie tylko organizacja krajów, które podpisały Pakt Fiskalny. Wybór, którego dokonał rząd, jest obarczony ryzykiem. Rząd powinien dokładnie wyjaśnić, bez owijania w bawełnę, do czego się zobowiązał, jakie możemy zapłacić koszty i jakie jest prawdopodobieństwo, że je na prawdę zapłacimy.
Opozycja zawsze ma prawo rząd krytykować i twierdzić, że podjął złą decyzję. Ale argumenty, których używają politycy
PiS i Polski Solidarnej, obrażają inteligencję Polaków. Przedstawiają Pakt Fiskalny jako katastrofę dla Polski i zagrożenie niepodległości. Twierdzą, że premier zgodził się na te rozwiązania dla prywatnego interesu. To oskarżenie ciężkie i gołosłowne. Nie powinno mieć miejsca w debacie, która może decydować o miejscu Polski w Europie.
Prawicowa opozycja powołuje się na solidarność, przez małe i duże "s". Ale solidarność nie polega na tym, że tylko
Polska korzysta ze wsparcia zagranicznego, gdyż jest biedniejszym krajem. Także na tym, że sami jesteśmy gotowi innym pomagać.