http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Szpagat Putina się skończył

Rozmawiał w Moskwie Wacław Radziwinowicz
2011-12-10, ostatnia aktualizacja 2011-12-10 10:36

Policja aresztuje uczestnika demonstracji przeciw Putinowi i Jednej Rosji w Sankt Petersburgu, 6 grudnia
Policja aresztuje uczestnika demonstracji przeciw Putinowi i Jednej Rosji w Sankt Petersburgu, 6 grudnia
Fot. Dmitry Lovetsky AP

Przez ostatnie 11 lat społeczeństwo Rosji było apatyczne, polityką się nie interesowało. Ale teraz polityka stała się modna, ludzie chcą protestować - mówi Lilja Szewcowa, politolożka z fundacji Carnegie w Moskwie i autorka wielu prac o współczesnej Rosji.

ZOBACZ TAKŻE
Wacław Radziwinowicz: Władza w Rosji zawsze starała się być czymś sakralnym. Przypomnijmy choćby inaugurację prezydenta Dmitrija Miedwiediewa w 2007 r.: pusta Moskwa, na ulicach tylko mercedes przywódcy w otoczeniu eskorty, kapiący od złota Kreml, gwardziści. Wspaniała, wręcz liturgiczna uroczystość.

Lilja Szewcowa: Rosyjskie samowładztwo nigdy nie mogło istnieć bez tajemnicy, sakralności, ekspansjonizmu i mocarstwowości. I oto po tym, jak Moskwa bardzo osłabła, Kremlowi została jedynie mistyka sakralności.

To jednak dziś anachronizm, momentami po prostu śmieszny.

- Tak, w czasach nowych technologii, kiedy prezydent publicznie bawi się swym tabletem, a premier, przywódca narodu pretendujący do roli alfasamca Wszechrusi, występuje przed publicznością z gołym torsem, otoczka sakralności musi zniknąć.

Nasz car jest nagi, bo sam się obnażył. Władimir Putin poczuł to chyba bardzo boleśnie, w hali sportowej Olimpijski w Moskwie, gdzie niedawno w czasie walk bez reguł został wygwizdany, i to przez przez swoich ludzi, którzy go kochali. Przecież tam zgromadzili się majętni, bo bilety były bardzo drogie, agresywni mężczyźni - tacy jak on alfasamcy, żeby zobaczyć jak nasz "ruski bogatyr" masakruje Amerykanina. To ludzie putinowscy, którzy za swym przywódcą stale powtarzali, że "Rosja wstaje z kolan".

To był koniec Putina jako sakralnego lidera w oczach jego bazy politycznej. Od tej pory boi się. Proszę zwrócić uwagę na to, jak teraz pokazują go w telewizji. W małych pomieszczeniach, z garstką wystraszonych ludzi, z których każdy w myślach powtarza 20 razy uzgodnione pytanie, które kazano mu zadać przywódcy.

Kto roztrwonił tę sakralność władzy kremlowskiej? Miedwiediew?

- Putin. Nie rozumiał, że nie można rządzić krajem przez 12 lat za pomocą monarszej liturgii wziętej prosto z XVI w. i jednocześnie udawać, że Rosja jest nowoczesnym państwem XXI w. Te dwie rzeczywistości coraz bardziej oddalały się od siebie i w końcu stojącego w szpagacie Putina rozerwało.

Kiedy, jak pani mówi, "Putina rozerwało"?

- To był moment, który wszyscy widzieliśmy i od razu zrozumieliśmy, że na naszych oczach doszło do katastrofy - 24 września na zjeździe partii Jedna Rosja. Wtedy okazało się nie tylko, że Miedwiediew w przyszłym roku opuszcza Kreml, a Putin tam wraca, ale także to, że aktualny przywódca państwa był carem tylko na niby, a w rzeczywistości pełnił jedynie rolę strażnika monarszego tronu. Jeśli okazuje się, że władzę można sprawować na niby, przekazywać ją koledze jak znaczoną kartę, to ona automatycznie traci sakralność.

Roszada na szczycie stała się przyczyną porażki Jednej Rosji w wyborach parlamentarnych 4 grudnia?

- Nie porażki, lecz klęski. To tylko Centralna Komisja Wyborcza pod kierownictwem Władimira Czurowa, którego Miedwiediew żartobliwie nazwał "czarownikiem", wyczarowała "partii władzy" 49 proc. głosów. Jestem przekonana, że dostała nie więcej niż 30 proc., i to wyciśniętych z mundurowych, urzędników państwowych oraz z republik kaukaskich, gdzie demokracja jest szczególnie starannie sterowana. Roszada była tej klęski jedynie detonatorem. Moi sąsiedzi, koledzy, studenci powtarzają jednym głosem, że Putin "się przejadł". A tu nam wciskają go na kolejne lata jako prezydenta. To tak, jakby kobiecie, która ma już dosyć swego partnera, kazali z nim spać jeszcze i jeszcze.

Przez Rosję przetacza się niebywała, jak na tutejsze warunki, fala protestów przeciwko sfałszowaniu wyników wyborów. Do czego ona może doprowadzić?

- Michaił Gorbaczow twierdzi, że społeczeństwo, opozycja powinny domagać się unieważnienia wyników wyborów i rozpisania nowych. Nie wiem, czy wystarczy do tego determinacja ludzi oburzonych tym, że władza potraktowała ich jak bydło.

Przez ostatnie 11 lat społeczeństwo Rosji było apatyczne, polityką się nie interesowało. Ale teraz polityka stała się modna, ludzie chcą protestować. We wtorek wieczorem opozycja miała się zebrać na placu Triumfalnym w centrum Moskwy. OMON godzinami łapał tam manifestantów, niektórych bił. Mimo to grupy coraz to nowych, przede wszystkim młodych ludzi szły na plac pod pałki. W tym tygodniu w całym kraju policja zatrzymała już na demonstracjach ok. 2 tys. ludzi, ale na kolejną demonstrację w sobotę w Moskwie zamierza przyjść kilkadziesiąt tysięcy obywateli. Potencjał protestu i odwaga przeciwstawiania się władzy są duże.

Ale przed nami czas świąt noworocznych, kiedy życie w Rosji zamiera.

- Tym razem nie na długo. Z jednej strony nasze władze chciałyby spacyfikować nastroje społeczne i sprawić, by naród znów zapomniał o polityce. A z drugiej - już w marcu będą wybory prezydenckie. Rosjanie znów stają się elektoratem i władze muszą im same przypominać o polityce, bo bez tego nie osiągną swego bardzo ważnego celu - zapewnić Putinowi przy przyzwoitej frekwencji minimum 50 proc. plus jeden głos, czyli zwycięstwo koniecznie w pierwszej turze.

Dlaczego koniecznie?

- Druga tura to dla Putina klęska. Przed nią musiałby brać udział w debatach, odpowiadać na pytania choćby o firmę Gunvor, która handluje rosyjską ropą i - jak twierdzi wielu ludzi - odpala solidną dolę samemu premierowi. Nie byłoby mu przyjemnie opowiadać o kolegach z Sankt Petersburga, którzy za jego rządów stali się bogaczami i kontrolują sporą część majątku państwowego. Putin nigdy nie prowadził takich debat, pewnie się ich boi. Woli trzymać się starej tradycji rosyjskiej, zgodnie z którą car nigdy się publicznie nie tłumaczy.

Dzisiejszy premier może próbować udobruchać rodaków podwyżkami emerytur, pensji czy ulgami na przejazdy?

- W czasie kampanii parlamentarnej już to wszystko obiecał, rozdał nawet więcej niż to, na co Rosję stać. Obawiam się, że została mu tylko jedna droga - tworzenie obrazu silnej, nieugiętej władzy.

Czyli przykręcanie śruby?

- Tak właśnie. Wszystko jest pod to gotowe. Trzecią część przyszłorocznego budżetu dostaną resorty siłowe, policjantom i wojskowym obiecano ogromne podwyżki. Oficerowie sił zbrojnych mają u nas zarabiać nawet więcej niż ich koledzy w niektórych krajach NATO.

Kiedy władze w Rosji wpadają w tarapaty, zazwyczaj próbują konsolidować naród, strasząc go jakimś wrogiem. Taka jest tradycja.

- Teraz jednak jest z tym kłopot. Wojnę domową na Kaukazie za Putina już mieliśmy. Z wrogiem zewnętrznym, czyli Gruzją, też. Zostaje chyba tylko jeden wariant - Ameryka jako wróg tradycyjny i godny mocarstwa "wstającego z kolan".

Obawiam się, że dla Putina retoryka antyamerykańska w czasie kampanii prezydenckiej może być ważnym atutem. Już zresztą się do niej ucieka, opowiadając, że uliczne protesty nie są spontaniczne, lecz organizowane na "zamówienie z zagranicy".

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • 5 komentarzy
  • Drukuj
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    40 głosów

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':