Rozmowa z Aleksandrem Smolarem, prezesem Fundacji Batorego Paweł Wroński: Na ile poddanie się kontroli fiskalnej Unii jest oddaniem części suwerenności? Aleksander Smolar: To oczywiste. To świadome samoograniczenie suwerenności państw członkowskich, by lepiej zarządzać wspólną suwerennością. To elementy federalizacji UE. Tyle że to scedowanie części suwerenności nie na rzecz innych państw, ale ponadpaństwowej wspólnoty, której jesteśmy członkiem.
Co więcej, to w interesie Polski. Załamanie się euro to nieuchronny cios w Polskę - poprzez dalsze pogorszenie koniunktury europejskiej, a więc i sytuacji gospodarczej naszego kraju. Upadek euro i groźba rozpadu Unii to nie groźba wojny, ale oznacza obniżenie bezpieczeństwa w każdym znaczeniu tego słowa.
Pierwsze reakcje po szczycie były kwaśne. - Nie wydaje mi się, że UE się kruszy. Uważam, że w końcu 26 krajów podpisze nową umowę.
Wielka Brytania pozostanie izolowana. To wielkie niepowodzenie Londynu. Większość państw Unii deklaruje solidarność i gotowość zastosowania drakońskich decyzji służących uporządkowaniu finansów publicznych.
Tylko czy to zaskoczenie? Wielka Brytania deklaruje od początku, że euro jej nie interesuje.
Także koncepcja Merkel, aby rewidować traktat lizboński, nie przeszła. - Na tym etapie ustalenia szczytu to sukces Merkel. Nie przeszła koncepcja zmiany traktatu, ale w mojej opinii była to koncepcja nierealistyczna. I nie sadzę, aby inicjatorzy na to liczyli.
Nie powiodło się to, czego chciał prezydent Francji Nicolas Sarkozy - oddzielenie krajów euro od reszty UE. Unia postawiła na rozwiązanie otwarte, a nie zamknięte i to z punktu widzenia jej przyszłości sukces.
Pozostaje oczywiście sprawa fundamentalna. Na ile te decyzje będzie można wprowadzić w życie. One są bardzo rygorystyczne.
Są co do tego jakieś wątpliwości? - Tu jest wiele pytań i problem podstawowy - jaka będzie reakcja społeczeństw na taką końską kurację. Po pierwsze, restrykcje budżetowe wchodzą w konflikt z kulturą państw Południa, które kwestie długu traktują historycznie z pewną swobodą. Drugi problem to konsekwencje społeczno-gospodarcze: ograniczenie długu może doprowadzić do tendencji recesyjnych, zwiększanie oszczędności do zmniejszenia popytu.
Mamy bardzo mało optymistycznych operacji ze strony, nazwijmy to, popytowej.
Niemcy odmówili zaakceptowania idei euroobligacji. Zapowiedziały, że do sprawy będzie można wrócić, gdy strefa euro osiągnie równowagę. Nic dziwnego, teraz musieliby za nie zapłacić.
W pamięci Niemców tkwi nie tylko to, do czego doprowadziła recesja i inflacja lat 20., ale i całkiem niedawne koszty zjednoczenia Niemiec. Byli gotowi dawać pieniądze na Niemcy, ale nie finansować państw Europy, które zachowywały się nieodpowiedzialnie. Np. Berlusconi, jak tylko dostał pieniądze z Unii, zawiesił realizowanie reform.
Czyli Europa buduje się na warunkach niemieckich. - Bo to jest Europa na niemieckich warunkach. W tym sensie, że Niemcy reprezentują rygorystyczny stosunek do finansów publicznych. Nawet jeśli same wraz z Francją grzeszyły - bo w czasach Gerharda Schrödera przekroczyły 3 proc. deficytu - to następne lata wykorzystały na głębokie reformy. Dzięki temu osiągnęły sukces.
To zrozumiałe, że Niemcy postawiły warunki. Niemcy mają prawo do samoobrony. Wcześniej mówiono, że o Europie decyduje oś
Berlin -
Paryż, teraz dominuje Berlin, choć Paryż odgrywa ważną rolę.
Czyli te niemieckie rozwiązania gwarantują sukces? - Nie ma pewności, czy ta recepta dla całej Unii, dla krajów bardzo zadłużonych, pozwoli im się odbić od ziemi, jeśli chodzi o wzrost gospodarczy.
Krytycy integracji mówią, że idea wspólnoty rozpływa się. - Nie mówimy o wielkich ideach. Popełniono u początków euro poważny błąd: integracji finansowej nie towarzyszyła wspólnota fiskalna, zaczątki budowy wspólnoty politycznej. Zabrakło ostatecznego pożyczkodawcy, gwaranta wypłacalności państw Unii i jej systemu bankowego. Europejski Bank Centralny nie spełnia takiej funkcji. To oznacza, że rynek nigdy nie ma pewności, czy w przypadku załamania się finansów któregokolwiek z państw członkowskich Unia czy EBC solidarnie za nim się wstawi.
Trzeba na ten kryzys reagować. Dlatego Unia tworzy zaczątki unii fiskalnej.
Tyle że, jak słyszę, Unia jest bez przerwy w jakimś kryzysie. - Optymiści mówią, że UE zawsze rozwijała się poprzez kryzysy. Na tym oparta była nawet strategia integracji utożsamiana z jednym z jej założycieli Jeanem Monnetem. Strategia budowy wspólnoty europejskiej powstała, gdy ze względu na opór Francji upadła na początku lat 50. idea wspólnoty obronnej. Cele Unii były zawsze polityczne, ale postanowiono iść drogą integracji ekonomicznej i powstające napięcia między integrującą się gospodarką a zastaną strukturą polityczną państw narodowych miały wymuszać procesy dostosowawcze, a więc stopniową integrację sfery europejskiej polityki. Obecny kryzys przybrał rozmiary groźne dla Europy i w istocie całego świata. Od tego, czy Unia sobie poradzi, zależy bardzo wiele. Nawet np. ponowny wybór prezydenta
USA Baracka Obamy; bo od sprawności Europy zależeć będzie koniunktura w USA.