Setki godzin prześlęczanych w bibliotekach i archiwach, kilometry przejechane po byle jakich prowincjonalnych drogach, dziesiątki rozmów z ofiarami, zbrodniarzami, świadkami, uparte rozplątywanie wątków, poszukiwanie śladów, podejmowanie tropów - Anna Bikont pracowała nad swoją książką blisko cztery lata, choć słowo "praca" nie oddaje ogromu jej zaangażowania, poświęcenia i pasji. Może raczej należałoby powiedzieć "żyła" swoją książką, oddając jej czas, myśli, emocje.
"My z Jedwabnego" to imponująca rzetelnością rekonstrukcja wydarzeń, które w lipcu 1941 roku rozegrały się na wschodnich rubieżach okupowanej Polski. To tam Polacy wymordowali swoich żydowskich sąsiadów.
Jest to jednocześnie przedstawiona z dramatycznym nerwem galeria postaci wydobytych ze społecznej niepamięci, by oddać im cześć lub napiętnować. Dramatopisarz Tadeusz Słobodzianek, odbierając za sztukę o Jedwabnem "Nasza klasa" nagrodę
Nike, dziękował Annie Bikont za inspirację.
"My z Jedwabnego" to także wnikliwa analiza małej lokalnej społeczności, która bezskutecznie zmaga się z upiorami przeszłości i nie potrafi stawić czoła prawdzie.
Uniwersytet Warszawski uhonorował Annę Bikont zaproszeniem do wygłoszenia referatu o współczesnych mieszkańcach Jedwabnego w cyklu prestiżowych Wykładów na Nowe Tysiąclecie.
Książka Anny Bikont to wreszcie zapis jej życia w czasie pisania książki - bardzo osobisty i przejmujący - autorka zdecydowała się "wraz z garsteczką ocalałych Żydów, a także z Polakami, którzy odważyli się stawić czoła bolesnej przeszłości - pisał
Jacek Kuroń we wstępie - dźwigać ciężar ich pamięci i ich traumy, brać na swoje barki ich kłopoty, problemy i lęki".
Przez te siedem lat, jakie minęły od opublikowania książki "My z Jedwabnego" w Polsce, wymarli niemal wszyscy jej bohaterowie. Dosłownie przed kilkoma dniami odeszła Sprawiedliwa wśród Narodów Świata Antonina Wyrzykowska, która uratowała siedmioro Żydów z Jedwabnego i okolic. Odeszłaby zapewne tak cicho i skromnie, jak żyła, na szczęście jednak słowa potrafią mieć czasem wielką moc. Po tekście pożegnalnym Ani, jaki ukazał się w "Gazecie", na pogrzebie pani Antosi stawiły się tłumy.