http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Mądra i głupia obrona humanistyki

dr Michał Bilewicz*, dr hab. Maria Lewicka**
2011-12-08, ostatnia aktualizacja 2011-12-07 19:49

Każdy historyk czy socjolog, który powstrzymuje się od pisania po angielsku, po części odpowiada za stereotypy o Polsce, włącznie z osławionymi "polskimi obozami koncentracyjnymi"

Uniwersytet Warszawski
Fot. Maciej Zienkiewicz / AG
Uniwersytet Warszawski
W sieci pojawiły się ostatnio dwie petycje w obronie humanistyki. Pierwsza to list domagający się systemowych zmian w europejskim finansowaniu nauk humanistycznych i społecznych. Sygnatariusze listu (wśród nich ponad pięciuset Polaków) postulują utworzenie funduszu wspierania tych nauk z budżetem 5 miliardów euro, czyli około 5 proc. środków przewidzianych w nowym programie ramowym Unii "Horyzont 2020". Wobec wyzwań, przed jakimi staje dziś Europa, będą to zapewne całkiem dobrze wydane pieniądze.

Druga petycja, pod którą podpisało się również ponad pięciuset polskich humanistów, to list otwarty prof. Mariusza Czubaja [antropologa kultury, badacza kultury popularnej i literaturoznawcy ze Szkoły Wyższej Psychologii Społecznej w Warszawie] przeciw wprowadzonemu przez Ministerstwo Nauki i Szkolnictwa Wyższego systemowi ocen dorobku naukowego, w którym premiuje się publikacje anglojęzyczne o zasięgu międzynarodowym.

Obecny system wydawnictw akademickich w Polsce sugeruje, że w naszej humanistyce publikuje się po to, żeby "mieć w dorobku publikację", a nie po to, by ktoś ją przeczytał. Czasopisma z reguły nie odrzucają tekstów, recenzje dłuższe niż kilka zdań należą do rzadkości, a wydawnictwa nieraz wydają książki negatywnie ocenione przez recenzentów. Dlatego nie dziwmy się, że Ministerstwo skłania humanistów do publikowania w pismach o światowej renomie. Tam przynajmniej anonimowy recenzent stoi na straży jakości, a wydawnictwo - dzięki elektronicznym bazom - dba o dostępność tekstów dla innych uczonych.

Pisząc do minister nauki i szkolnictwa wyższego, prof. Czubaj chciał z pewnością wywołać burzliwą dyskusję. Pewnie dlatego jego list zawiera wulgaryzmy i anglicyzmy. Diabeł tkwi jednak nie w formie, ale w treści listu. Po raz pierwszy chyba wyrażono w nim tak jednoznacznie postulat zamknięcia polskich nauk społecznych w ciasne ramy języka narodowego i naszych rodzimych wydawnictw.

Dlaczego adresatem prac polskich humanistów "powinni być czytelnicy polscy oraz interesujący się Polską"?

Oczywiście to samo mógłby postulować radiochemik badający izotopy plutonu na polskim wybrzeżu Bałtyku albo paleontolog odkrywający skamienieliny tetrapoda w Górach Świętokrzyskich. Tylko czy wtedy odkrycia te pozwoliłyby naukowcom z innych krajów określić następstwa katastrofy w Czarnobylu albo lepiej zrozumieć przebieg ewolucji?

Podobnie rzecz się ma z humanistyką. Mimo relatywnej izolacji powojennej Polski trudno sobie wyobrazić jakikolwiek proces kulturowy czy społeczny w historii naszego kraju, który nie byłby częścią analogicznych procesów globalnych czy przynajmniej regionalnych.

Tak samo jest z problemami współczesnymi - badając strukturę postaw antysemickich w Polsce, przyczyniamy się do zrozumienia tego zjawiska w innych krajach regionu, interpretując poezję Herberta, zapewne przyczyniamy się do zrozumienia wielu innych poetów europejskich. Historyk zastanawiający się nad stanem wojennym musi mieć przecież wgląd w przyczyny stłumienia Praskiej Wiosny czy węgierskiego powstania 1956 roku. Bez naukowego lingua franca nie będzie to możliwe.

Mariusz Czubaj twierdzi, że jego petycja to sprzeciw wobec "neokolonializmu akademickiego".

Jeśli już szukać analogii politycznych, to raczej sama petycja jest przejawem głębokiego nacjonalizmu akademickiego. Postuluje ona bowiem uniemożliwienie komunikacji z badaczami spoza Polski; sugeruje, byśmy zamknęli się w getcie własnego języka - a zatem w efekcie: odcięli się od rozumienia zjawisk społecznych w ich szerszym, ponadnarodowym kontekście.

Z drugiej strony - ten sposób myślenia odbiera nam też prawo do przedstawiania światu własnej narracji o historii Polski. Nie dziwmy się więc, że Amerykanie i Europejczycy uczą się historii Polski wyłącznie z książek Timothy'ego Snydera czy Normana Davisa, a w brukselskim Muzeum Europy polskie dzieje będą potraktowane po macoszemu. Jeśli będziemy opowiadać naszą historię wyłącznie w języku polskim, skażemy się na wieczne niewysłuchanie. A każdy historyk czy socjolog, który powstrzymuje się od pisania po angielsku, jest po części odpowiedzialny za rozpowszechnione na Zachodzie stereotypy o Polsce, włącznie z osławionymi "polskimi obozami koncentracyjnymi".

Petycja profesora Czubaja jest też obroną mizernego status quo polskich nauk społecznych. Nie jest bowiem prawdą, że w światowej humanistyce dyskutuje się dziś wyłącznie o dziełach amerykańskich i brytyjskich uczonych - a cała reszta świata zajmuje się regionalizmami i opisywaniem kultur narodowych.

Czy nie warto się zastanowić, dlaczego na całym świecie studenci socjologii czytają prace profesora uniwersytetu monachijskiego Ulricha Becka, historycy idei zgłębiają dzieła profesora uniwersytetu hebrajskiego Shlomo Avineriego, a semiotycy wczytują się w książki Umberta Eco z uniwersytetu w Bolonii? Dlaczego słoweński filozof Slavoj Žižek wpłynął w tak fundamentalny sposób na kształt dzisiejszych nauk o kulturze i społeczeństwie?

Czym byłaby współczesna humanistyka, gdyby książki i artykuły tych autorów nie ukazały się po angielsku? Gdyby nie zechcieli oni wyjrzeć poza granice Niemiec, Włoch, Izraela czy Słowenii? Czy nie chcielibyśmy mieć takich humanistów w Polsce, kraju kilkakrotnie większym od Izraela i Słowenii?

Okres międzywojenny był złotą epoką polskiej humanistyki. Nasi najwybitniejsi filozofowie i logicy, Kazimierz Ajdukiewicz, Stanisław Leśniewski czy Alfred Tarski, najważniejsze prace publikowali po niemiecku czy angielsku. Dzięki temu szkoła lwowsko-warszawska do dziś wywiera wpływ na światową filozofię.

Spróbujmy sobie wyobrazić, co by się stało, gdyby Florian Znaniecki nie ogłosił po angielsku "Chłopa polskiego w Europie i Ameryce" (lokalny temat, nieprawdaż?). Czy bylibyśmy wtedy dumni, że to Polak wprowadził pojęcie postawy do współczesnej socjologii i psychologii społecznej? Gdy myślimy o polskiej antropologii, to siłą rzeczy pierwsze nazwisko, jakie każdemu przyjdzie na myśl, to Bronisław Malinowski, gdy o ekonomii - Michał Kalecki bądź Oskar Lange.

Takie przykłady można by mnożyć w odniesieniu do każdej dyscypliny nauk humanistycznych i społecznych. Oni wszyscy pisali po angielsku, konfrontowali poglądy i spostrzeżenia z pracami kolegów z całego świata. Jeśli pójście ścieżką Malinowskiego, Kaleckiego, Ajdukiewicza czy Znanieckiego jest dla autora petycji "melanżem kompleksów i koniunkturalizmu", wyznawaniem "neokolonializmu akademickiego", to my - owszem - wolimy być po stronie tak rozumianych neokolonialnych kompleksów.

Dziś humanistyka i nauki społeczne są zagrożone. W Stanach Zjednoczonych budżet agencji finansującej humanistykę wynosi ułamek procentu środków na badania medyczne.

Jeśli chcemy utrzymać porządne finansowanie nauk humanistycznych, musimy też zadbać o ich jakość i wymierne rezultaty. O ile więc pierwsza petycja jest ponadnarodową obroną humanistyki przed zakusami europejskich technokratów - o tyle druga z nich jest de facto atakiem na humanistykę, postulatem odcięcia jej od Europy i świata.

Diagnozując gettyzację polskiej nauki, profesor Czubaj sankcjonuje mury oddzielające to getto od świata. Tym bardziej zdumiewają podpisy złożone pod nią przez tak wielu wybitnych polskich uczonych.



*dr Michał Bilewicz, socjolog i psycholog społeczny. Kierownik Centrum Badań nad Uprzedzeniami Uniwersytetu Warszawskiego

**dr hab. Maria Lewicka, prof. Uniwersytetu Warszawskiego, psycholog. Kierownik Pracowni Badań Środowiskowych Wydziału Psychologii UW

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • 1
  • 1
  • 1
  • 13 komentarzy
  • Drukuj
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    25 głosów

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':