Ludwika Włodek: Po ogłoszeniu wyroku napisała pani do prezydenta Białorusi prośbę o ułaskawienie. Zapowiedziała pani także, że może poddać się karze zamiast syna. Lubou Kawalou*: Moje
dziecko zostało skazane na śmierć, a jest niewinne. Jestem w stanie zrobić wszystko, żeby je ocalić. Jeśli już trzeba, żeby ktoś oddał swoje życie, wolę, żeby to było moje życie niż jego.
Pamięta pani dzień, kiedy aresztowano pani syna? - O tym, że Wład został aresztowany, dowiedziałam się w nocy z 12 na 13 kwietnia - funkcjonariusze przyszli do mnie robić rewizję. Następnego dnia rano Łukaszenka ogłosił, że terroryści zostali zatrzymani i że przyznali się do winy. To było dwa dni po zamachu.
Co pani wtedy czuła? - Nie rozumiałam, dlaczego Wład. On nigdy nie miał żadnych problemów z prawem, nie interesował się polityką. Jeździł przez tę stację metra codziennie do
pracy. W takiej sytuacji mógł się znaleźć każdy. Pomyślałam, że to na pewno przypadek.
Ale okazało się, że terrorystą, o którym mówił Łukaszenka, jest Wład. Co pani zrobiła? - Pojechałam do Mińska. Poszłam prosto do prokuratury, ale powiedziano mi tylko, że zmienił się śledczy. Adwokatka z urzędu też się z nami nie kontaktowała. Szukałam prywatnego adwokata, wielu mi odmówiło - bali się, że stracą licencję.
Wróciłam do Witebska. W trakcie śledztwa ani razu nie pozwolono mi spotkać się z synem. Nie dopuszczano do niego też adwokata, którego w końcu znalazłam. Widział go przez kilka minut, a śledczy mieli do niego dostęp praktycznie 24 godziny na dobę.
Później Wład opowiadał mi, że tuż po zatrzymaniu rozdzielili go z Dzmitryjem. Kiedy przywieźli go do aresztu, słyszał na korytarzu jego krzyki.
Pisałam do syna od pierwszego dnia. Do koperty wkładałam kopertę zwrotną, ale nie przekazywali mu tych listów. Nie wiedziałam, co się z nim dzieje. W końcu adwokatka z urzędu dała mi numer śledczego. Zadzwoniłam. "Niech się pani uspokoi - powiedział. - Ma pani przecież jeszcze córkę". Odebrałam to jak groźbę.
Rodzicom Dimy Kanawałaua też grożono. - Tak. Jego brata i ojca aresztowano. Matka trafiła do szpitala z zawałem serca. Potem zastraszali ją w pracy, szukali na nią haków. Cała rodzina dostała ochronę KGB, która wywierała na nich ogromną presję. Dlatego w ogóle nie przychodzili do sądu, kiedy zaczął się proces. I dlatego nadal milczą.
A jak odnosili się do pani sąsiedzi, znajomi? - Nikt, kto zna mnie i mojego syna, w to nie wierzy. Nie odbieram żadnych negatywnych emocji z zewnątrz. Od września, kiedy zaczął się proces, jestem w Mińsku. Mieszkałam u rodziny jednej z ofiar zamachu. Nawet obcy ludzie podchodzą do mnie w metrze i dodają mi otuchy. Teraz, jak jechałam do Polski, pasażerowie w pociągu mówili mi, że są ze mną. "Ratuj swoje dziecko" - mówili.
Kiedy pierwszy raz zobaczyła pani syna po aresztowaniu? - W przeddzień procesu. Dali nam tylko pół godziny. Potem widziałam go w sądzie.
Jak wyglądał proces? - Władowi i Dimie nie przedstawiono żadnych przekonujących dowodów. Zeznania świadków i ofiar zamachu nijak nie pasują do oskarżenia. Ładunek miał być rzekomo podłożony pod ławką na peronie, a chłopak, który na tej ławce siedział, stracił tylko nogi. Na dodatek zapewniał, że pod ławką niczego nie było. Na świadków wywierano naciski. Milicja przychodziła do rannych do szpitali i instruowała ich, co mają mówić.