Berlińska ceremonia rozdania nagród Europejskiej Akademii Filmowej miała coś z ulicznego kabaretu albo alternatywnej imprezy. Nie trzymała się ram czasowych. Kiedy trzygodzinny, nieco chaotyczny show zmierzał do finału, czyli nagrody za najlepszy europejski film roku, a na scenę wybiegł jeszcze Maciej Stuhr, żeby wręczyć nagrodę za krótki metraż Terry'emu Gilliamowi, gospodyni wieczoru, brawurowa showmanka i aktorka Anke Engelke, westchnęła, że trwa to tak długo, że chyba już skończył się adwent i dobrnęliśmy do Bożego Narodzenia.
Mimo wpadek cała impreza - razem z przygrywającą dętą kapelą, eklektyczną „disco partizani band” DJ-a Shantela o rumuńsko-niemieckich korzeniach - była przeciwieństwem hollywoodzkiego glamouru. Za europejskimi gwiazdami (
Tilda Swinton - europejska aktorka roku za „Porozmawiajmy o Kevinie”,
Colin Firth - aktor roku za „Jak zostać królem”) nie stoi żadna potężna machina promocyjna. To kino działa na innej zasadzie, spełnia inne potrzeby. Pozornie wydaje się ubogim krewnym Ameryki, ale jego paradoksalną przewagą jest to, że widzowie muszą wybierać jego filmy na własne ryzyko, ufając subiektywnym wyborom festiwalowych jury. Nie stoi za nimi potężny przemysł reklamowy ani magiczne figurki Oscara.
Kino europejskie ma się dobrze Podczas 24. ceremonii Nagród Europejskich największą potęgą okazała się mała Dania, za sprawą wspieranej przez państwo wytwórni Zentropa i założonej m.in. przez Larsa von Triera. W maju reżyser wywołał skandal na festiwalu w Cannes - na konferencji prasowej wypowiedział się bezmyślnie na temat Hitlera. Postąpił podobnie jak bohaterka jego filmu niszcząca własne wesele, za co został ukarany wyrzuceniem z festiwalu i utratą szansy na Złotą Palmę. Tamto upokorzenie wynagrodzono mu aż ośmioma nominacjami dla "Melancholii".
Ostatecznie
„Melancholię” uhonorowano jako
najlepszy film roku, ponadto nagrodzono za
zdjęcia i
scenografię. Von Trier, jak niegrzeczny uczeń skazany na klęczenie na grochu, na razie pozostał wierny obietnicy, że nigdy już nie będzie występował publicznie, i nie przyjechał do Berlina - przysłał żonę. To, że „Melancholia” wygra, zasugerowało już na początku ceremonii przebranie Anke Engelke, która stanęła na scenie w białej ślubnej sukni, w pozie spętanej pnączami Kirsten Dunst z filmu - niczym alegoria Europy pogrążającej się w kryzysie. Druciany instrument służący do namierzania zabójczej planetoidy Melancholii był w nieskończoność ogrywany tego wieczoru, po to jednak, by pokazać, że smutne kino europejskie ma się bardzo dobrze. Odpowiada to zresztą w jakiś sposób treści „Melancholii”, gdzie von Trier po raz kolejny dowodzi, że to, co w życiu społecznym uchodzi za nienormalne, chore, idiotyczne, w sytuacji ostatecznej staje się paradoksalnym źródłem siły.
Duńczycy biorą prawie wszystko Drugą nagrodzoną postacią duńskiego kina i Zentropy, tym razem w kategorii
najlepszy reżyser, była
Susanne Bier za film „W lepszym świecie”, rozgrywający się między kopenhaskimi przedmieściami i afrykańskimi obozami uchodźców.
Trzecim nagrodzonym Duńczykiem, tym razem
za osiągnięcie życia, był aktor
Mads Mikkelsen, charakterystyczna, uniwersalna twarz, „piękny i bestia”, jak nazwał go jeden z reżyserów. Zagrał m.in. pastora w „Jabłkach Adama” Andersa Thomasa Jensena, ale dla przeciętnego widza jest przede wszystkim czarnym charakterem Le Chiffre w bondowskim „Casino Royal”.
Nagrodę za osiągnięcie życia odebrał również
Stephen Frears, wszechstronny rzemieślnik, który zaczynał razem z Loachem i Leigh, uznawany wówczas za przedstawiciela brytyjskiego kina „proletariackiego”. Po „Mojej pięknej pralni” zaczął jednak eksperymentować ze stylem, specjalizując się w ironicznej komedii rozgrywającej się w różnych środowiskach i epokach: „Niebezpieczne związki”, „Przypadkowy bohater”, „Królowa”. Jego oscarowe filmy, po europejsku inteligentne i przewrotne, stały się dla Akademii wzorem do naśladowania. - Nie jestem autorem filmowym - tłumaczył się Frears, odbierając nagrodę wręczaną mu przez niewiele zmienioną Anouk Aimee, nazwaną kiedyś przez Felliniego „największą aktorką świata”. - Nie piszę sam scenariuszy. Robię filmy, żeby nie wpaść w biedę. Wychowałem się na kinie amerykańskim. Ale potem przyszła Nowa Fala, przyszli Czesi i tak stałem się fanem kina europejskiego. Musimy je podtrzymywać.
Widzowie wybrali króla Brytyjskim triumfatorem wieczoru - drugim filmem po „Harrym Potterze” na liście europejskiego box office'u 2011 - było
„Jak zostać królem” Toma Hoopera, uznane za
film roku w internetowym plebiscycie widzów. Historia Jerzego VI, króla jąkały, który uczy się mówić, jest bajką o potędze formy, która decyduje o tym, co uznajemy za prawdziwe. Film, pozornie tylko teatralny i konserwatywny, świetnie trafia w powszechne dziś poczucie, że słowa wypowiadane w mediach przez polityków nie mają mocy, brzmią fałszywie.
Nagrodzeni za
scenariusz „Chłopca na rowerze” bracia Dardenne to najczystszy przykład europejskiego kina środka czerpiącego jakby wprost z życia, a w gruncie rzeczy odwołującego się do wielkiej literatury, Dostojewskiego i Dickensa. Ich najnowszy film, przy pozorach „kina społecznego”, jest również przypowieścią, niezwykłą przez to, że jego ewangeliczna treść obywa się kompletnie bez religijnego sztafażu: ojciec, który odrzuca syna, skazuje go na potępienie; ktoś inny odkupuje go, biorąc za niego odpowiedzialność, można powiedzieć, ratując jego duszę. Pół wieku temu takie kino znajdowało się w mainstreamie - dziś trafia do kin studyjnych. Z filmu na film bracia Dardenne usiłują swoim przypowieściom nadać bardziej komercyjny charakter, nie tracąc nic z głębi i prostoty. Jak daleko dojdą na tej drodze? Na tym właśnie polega fascynująca przygoda europejskiego kina.
Nagroda Syzyfa Podczas ceremonii Volker Schlöndorff mówił ze swadą, że nagroda - przyznawana w plebiscycie 2600 akademików, stworzona wkrótce przed upadkiem muru berlińskiego i przez krótki czas nazywana Feliksem - powinna nosić nazwę Nagroda Syzyfa. Kino europejskie jest skazane na walkę o widza na rynku zdominowanym przez system hollywoodzki. Ale tak naprawdę - mówił reżyser "Blaszanego bębenka" - udało mu się wyprzedzić i europejską politykę, i rynek. Bowiem kino funkcjonuje tak, jakby już istniały Stany Zjednoczone Europy, znajdując oparcie w narodowych instytutach, koprodukcji i funduszach unijnych.
Mimo ciemnych chmur nad strefą euro dla kina to był mocny rok - słyszy się od branżowców. Na wielkich festiwalach w Cannes i Wenecji dominowało wyraziste kino europejskie: "Melancholia" von Triera, "Chłopiec na rowerze" Dardenne, "Habemus papam" Morettiego, "Artysta" Hazanoviciusa, "Wstyd" McQueena, "Rzeź" Polańskiego.
Schlöndorff wrócił prosto z bydgoskiego festiwalu Camerimage i ze sceny berlińskiego Tempodromu opowiadał z entuzjazmem nie tylko o tamtym festiwalu, ale nawet o polskich drogach, gdzie zaimponowały mu strumienie tirów kursujących między Zachodem a Wschodem. Silne wrażenie musiało pozostawić w Niemczech przemówienie Sikorskiego opowiadającego się za silniejszą integracją Europy.
Z perspektywy Berlina widać, jak szybko
Polska wrasta w międzynarodową "republikę kina". Nominowany za zdjęcia do "Essential Killing" Adam Sikora zdążył już pracować przy dwóch kolejnych filmach: czeskim i izraelskim, oba w koprodukcji z Polską, szykowanych na festiwale w Berlinie i Cannes. Wśród nominowanych do nagrody za krótki metraż znalazło się aż dwóch debiutantów z Polski: Grzegorz Jaroszuk ("Opowieści z chłodni", łódzka PWSTFiTV) i Piotr Bernaś ("Paparazzi", Szkoła Wajdy).
Europejskie Nagrody Filmowe 2011 Europejski film roku - "Melancholia", reż. Lars von Trier
Najlepszy reżyser - Susanne Bier ("W lepszym świecie"), Dania