http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Jarosław Kaczyński smutną ma twarz

Bogdan Wróblewski
2011-12-03, ostatnia aktualizacja 2011-12-03 13:13

Jarosław Kaczyński, prezes PiS
Jarosław Kaczyński, prezes PiS
fot. Jarosław Kubalski / Agencja Gazeta

Po raz pierwszy w demokratycznej Polsce były premier - a mieliśmy ich 14 po 1989 r. - stanął przed sądem w karnym procesie. To precedensowe zdarzenie dotknęło Jarosława Kaczyńskiego, prezesa PiS. Nie zajęło jednak należnego miejsca we wczorajszych internetowych serwisach, nie znajdzie się też na nagłówkach dzisiejszych gazet. A moim zdaniem jest warte felietonu

Bogdan Wróblewski
fot.
Bogdan Wróblewski
Dla porządku: Kaczyński nazwał swojego byłego ministra Janusza Kaczmarka "agentem śpiochem", zarzucił mu, że "tkwił w układzie" i "blokował śledztwa". Kaczmarek odpowiedział prywatnym aktem oskarżenia.

Brak zainteresowania mediów - ledwo dwie kamery, kilku piszących dziennikarzy - oznacza coś więcej niż znużenie sporami sądowymi obu panów (od półtora roku toczą spór cywilny w tej samej sprawie). Kaczyński przyzwyczaił się do czerpanych z żargonu służb specjalnych metafor. Jego język inwektyw, pełen niedookreśleń spowszechniał. Nie ciekawi.

Pewną niestosowność tworzy użycie przez Kaczmarka w obronie przed pomówieniem Kaczyńskiego art. 212. Przepisu o karnej odpowiedzialności za słowo, którym często gnębieni są dziennikarze, który ogranicza wolność wypowiedzi. Ale rozumiem Kaczmarka, bo chciałby on usłyszeć w końcu o faktach, które stały za słowami prezesa.

Idąc do sądu karnego, Kaczmarek próbuje go zmusić do aktywnej obrony. Przez wyłożenie kart na stół - o rzekomo przekręconych śledztwach, o naciskach, którym miał ulegać, w końcu o tajnej organizacji, która ulokowała Kaczmarka w rządowych ławach, konkretnie - z datami i nazwiskami.

Na wiele Kaczmarek liczyć nie może. Publiczność jest bez szans na wyrobienie sobie zdania o tej sprawie. Prezes PiS znowu zasłonił się tajemnicą - sąd utajnił proces na jego wniosek.

Gdy przed relegowaniem z sali rozpraw w Sądzie Rejonowym dla m.st. Warszawy patrzyłem na ściętą niepewnością twarz Jarosława Kaczyńskiego, przemknęła mi myśl: oto historia III Rzeczypospolitej zatacza koło. Wspomnienia wywołał sam Kaczyński, podając dwa adresy, na które sąd ma mu wysyłać wezwania: Aleje Jerozolimskie 125/127 i Nowogrodzka 84/86.

Przed oczyma stanęły: neon "Expressu Wieczornego" w Alejach, kiedyś popularnej warszawskiej popołudniówki, drukarnie peerelowskiego RSW Prasa-Książka-Ruch na zapleczu. Dwa związane ze sobą adresy, pod którymi powstać miał koncern medialny pod skrzydłami założonej przez Kaczyńskiego w 1990 r. Fundacji Prasowej Solidarności.

Skończyło się na przejęciu od państwa gruntów bez przetargu, rozparcelowaniu nieruchomości między sieć spółek, przepływach finansowych między państwowym bankiem a Fundacją Prasową, między fundacją a pierwszą partią Kaczyńskiego - Porozumieniem Centrum.

To w tamtych latach Kaczyński mówił do partyjnego (PC) aktywu: "Gdybyśmy przyjęli założenia czysto moralne, tobyśmy nigdy niczego nie mieli".

Skończyło się to wszystko pierwszym karnym procesem Jarosława Kaczyńskiego. Trwał kilka lat i z przyczyn formalnych skończył się umorzeniem. Proces ten zwiastował wieloletni polityczny niebyt prezesa (w 1993 r. PC nie weszło do parlamentu). A obecny? Zamyśliłem się, szukając odpowiedzi w smutnej twarzy Kaczyńskiego.

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • 1
  • 48 komentarzy
  • Drukuj
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    118 głosów

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':