http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Grecja nad Dunajem

Witold Gadomski
2011-11-26, ostatnia aktualizacja 2011-11-25 23:10

Jeśli kryzys na Węgrzech się pogłębi, niemal na pewno odczujemy to w Polsce

1 października, przed parlamentem węgierskim.
Fot. Szilard Koszticsak ASSOCIATED PRESS
1 października, przed parlamentem węgierskim. "Czy twoja matka miała 65 lat...
Witold Gadomski
fot. AG
Witold Gadomski
ZOBACZ TAKŻE
Obniżenie przez agencję Moody's Investors ratingu Węgier nie jest niespodzianką. Przed tygodniem agencja oświadczyła, że Węgry są na jej "liście obserwacyjnej", co zwykle dla "obserwowanego" nie jest przyjemną informacją.

Rating został obniżony do poziomu Ba1, czyli w slangu finansistów do poziomu śmieciowego. Inwestowanie w "obligacje śmieciowe" jest obciążone wyższym ryzykiem, więc zgodnie z przepisami Unii Europejskiej i USA niektóre banki oraz fundusze nie mogą ich mieć. Inne kupują "śmieciowe papiery" w celach spekulacyjnych po niskiej cenie.

Dla rządu węgierskiego oznacza to, że będzie płacić za swój dług jeszcze wyższe odsetki niż dotychczas - dziś płaci ponad 8 proc. Dla kraju, którego dług przekracza 80 proc. PKB, to ogromne obciążenie. Kurs forinta spadł w ostatnich miesiącach o 14 proc., co jest bolesne dla państwa, które w dużej mierze zadłużone jest w walutach obcych.

Jak zawsze w takiej sytuacji straciła złotówka, bo dla inwestorów wciąż jesteśmy z Węgrami w jednym koszyku. Jeśli kryzys u naszych sąsiadów się pogłębi, niemal na pewno odczujemy go w Polsce. Dlatego musimy robić wszystko, by pozytywnie odróżniać się od Węgier. Jak? Po prostu prowadzić wiarygodną dla naszych wierzycieli politykę, która doprowadzi do obniżenia długu.

Pobieżna analiza danych o finansach publicznych Węgier nie uzasadnia decyzji agencji Moody's. Prawicowy rząd Viktora Orbána wprowadził wiele ustaw, które na krótką metę poprawiły stan budżetu. Zabrał pieniądze funduszom emerytalnym - stąd nadwyżka w tegorocznym budżecie. Obciążył specjalnymi podatkami przedsiębiorstwa w sektorach zdominowanych przez kapitał zagraniczny - banki, sieci handlowe, firmy telekomunikacyjne i energetyczne.

Unia Europejska i Międzynarodowy Fundusz Walutowy kręciły na to nosem nie tylko dlatego, że "patriotyczna" polityka gospodarcza Orbána zniechęcała do Węgier zagraniczny kapitał. Jego pomysł na równoważenie budżetu polegał głównie na podwyżkach podatków. Zabrać pieniądze z funduszy emerytalnych można tylko raz, podatek bankowy powoduje ograniczenie kredytów dla gospodarki, opodatkowanie supermarketów wcześniej czy później odbija się na konsumentach. Zagraniczni eksperci doradzali, by rząd skupił się raczej na cięciach wydatków i dotacji dla nierentownych państwowych przedsiębiorstw (choćby kolei), gdyż to pozwoli stabilizować budżet w długim okresie.

Orbán niewiele sobie z tego robił. - Nie podlegamy ani MFW, ani Unii Europejskiej - nieustannie powtarzał w przemówieniach.

Przed rokiem rząd węgierski zrezygnował z umowy kredytowej, którą poprzedni rząd Gordona Bajnaia wynegocjował z Międzynarodowym Funduszem Walutowym. Zerwał z MFW ostentacyjnie, tłumacząc Węgrom, że dzięki temu może prowadzić suwerenną politykę. To się wyborcom podobało, prawicowy rząd utrzymywał dużą popularność. Przed rokiem Fidesz bez trudu wygrał wybory samorządowe.

Gdy okazało się, że wielu Węgrów ma kłopoty ze spłatą kredytów hipotecznych nominowanych we frankach szwajcarskich (podobny problem mamy w Polsce) - rząd ustalił sztucznie niski kurs franka, który obowiązuje przy spłacie kredytów. Dla tysięcy Węgrów to dobrze, ale za ten prezent muszą zapłacić banki.

Problemy zaczęły się w połowie roku. Forint zaczął tracić na wartości, a oprocentowanie długu rosło. Już w maju Komisja Europejska zwracała uwagę rządowi węgierskiemu, że bez prawdziwych reform w roku 2012 deficyt znów przekroczy dopuszczalną wysokość i wyniesie ponad 3 proc. PKB. Ale dla Orbána polityka była ważniejsza od ekonomii. Do czasu.

Przed tygodniem zaskoczył wszystkich, oświadczając, że jego rząd chce zawrzeć z MFW umowę kredytową. Pieniądze z Międzynarodowego Funduszu Walutowego byłyby polisą ubezpieczeniową na wypadek pogorszenia sytuacji na rynku. Jeśli banki zażądają zbyt wysokiego oprocentowania od pożyczek, rząd będzie mógł wykorzystać kredyt z Funduszu.

Zwrócenie się do MFW to odwrót od dotychczasowej polityki. Fundusz już stawia warunki, domagając się od prawicowego rządu obniżenia podatku bankowego i cięć w wydatkach. Rząd Orbána albo się na to zgodzi, albo ryzykuje, że do porozumienia z MFW nie dojdzie. Bez takiego porozumienia kolejne agencje obniżą rating węgierskiego długu i Węgry pójdą drogą Grecji. Kryzys na Węgrzech byłby kolejnym kamykiem poruszającym lawinę w Europie, która i tak ma wystarczająco dużo zmartwień z Grecją, Portugalią, Hiszpanią i Włochami. Nikt dziś nie wie, czy ta lawina zniszczy Unię Europejską, czy tylko ją przebuduje.

Przed rokiem węgierski analityk finansowy Gábor Ambrus napisał: "Rząd pręży muskuły, by pokazać, kto ma władzę". Globalny kryzys finansowy pokazał, nie tylko na Węgrzech, gdzie leży władza rzeczywista.

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • 1 komentarz
  • Drukuj
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    2 głosy

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':