Padły zapowiedzi radykalnych oszczędności, zwiększenia obciążeń podatkowych, podniesienia wieku emerytalnego i likwidacji przywilejów. Choć niemal każdy dostanie trochę po kieszeni, zapowiedzi te wywołują westchnienie ulgi: nareszcie.
Takie czasy - jeśli nie chcemy, by Polskę wymieniano jednym tchem z Grecją, Hiszpanią, Portugalią, Włochami, a niebawem, niestety, także z Węgrami.
Donald Tusk po czterech latach ostrożnej polityki, zapowiedział ewolucyjną rewolucję. Miast "liberalnego" strychulca i cięcia po najsłabszych, szef rządu przedstawił spójną koncepcję dobrze adresowanych oszczędności z poszanowaniem sprawiedliwości i solidarności. I z uwzględnieniem demograficznych wyzwań.
Będziemy nalegać, by zapowiadane reformy rzeczywiście zostały wprowadzone, by nie pozostały tylko koncertem życzeń. Słyszeliśmy kiedyś równie ambitny - jeśli nie ambitniejszy - plan naprawy finansów publicznych. Plan Hausnera został utopiony w nędznych ustępstwach i politycznych kompromisach. Zadaniem Tuska jest nie dopuścić do powtórki tego scenariusza.
Tusk nie wspomniał o perspektywie przystąpienia Polski do
strefy euro. Można ją było jedynie wydedukować z deklaracji, że celem rządu jest "silna
Polska w centrum Unii", "Polska jako realny gracz, nie na peryferiach albo poza Unią".
Premier wyjął rząd poza nawias zaostrzającej się w Polsce wojny kultur. Zastrzegł, że rząd nie jest od tego, by na siłę Polskę chrystianizować lub laicyzować. Z drugiej strony, ustawił się w centrum jako obrońca kraju przed lewicowym i prawicowym radykalizmem. To postawa na czas kryzysu może zrozumiała, bo Polaków dodatkowo nie antagonizuje, ale na dłuższą metę nie do utrzymania - bo w zmieniającym się świecie jest zachowawcza. Nie odpowiada na coraz śmielsze aspiracje Polaków, by być społeczeństwem rzeczywiście europejskim i nowoczesnym.
Dziś wypada powtórzyć słowa, które premier usłyszał przed czterema laty: Tusku, musisz.