http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Dlaczego katolik chce do urny?

Małgorzata Skowrońska
2011-11-18, ostatnia aktualizacja 2011-11-20 10:30

Pole urnowe na cmentarzu w Poznaniu
Pole urnowe na cmentarzu w Poznaniu
Fot. Łukasz Cynalewski / Agencja Gazeta

Bo ciało jedzą robaki. Bo prochy nie śmierdzą. Bo jak śmierć będzie pozorna, to pobudka w trumnie może być niemiła. Bo tak jest wygodniej dla rodziny. Bo urna to ekologia, a trumna to epidemia. Bo prochy można podzielić...

Krematorium w Częstochowie. Czerwiec 2010. Dzień otwarty na cmentarzu komunalnym
Fot. Piotr Deska / Agencja Gazeta
Krematorium w Częstochowie. Czerwiec 2010. Dzień otwarty na cmentarzu komunalnym
ZOBACZ TAKŻE
Kościół katolicki nie zabrania kremacji, ale stawia warunki. Spopieleniu nie mogą towarzyszyć laickie przekonania, które podważają wiarę w zmartwychwstanie ciała. Kościół zaleca biblijny zwyczaj grzebania: nabożeństwo pogrzebowe powinno odbywać się nad trumną z ciałem; dopiero potem można zmarłego skremować i pochować urnę. "Prochy (...) wyrażają zniszczenie ludzkiego ciała i nie oddają idei snu w oczekiwaniu zmartwychwstania" - to cytat z instrukcji "Dodatek do obrzędów pogrzebu" (nr 3). 13 listopada we wszystkich rzymskokatolickich świątyniach kapłani odczytali list biskupów polskich, w których hierarchowie proszą wiernych o powrót do tradycyjnych pogrzebów.

Nikt nie przeprowadził badań, jaki procent wiernych Kościoła rzymskokatolickiego dopuszcza, a czasami wręcz nakazuje swoim bliskim skremowanie ciała. Księża mówią jednak, że granica związana jest z wiekiem. Młodzi katolicy nie mają z tym problemu. Ci w wieku średnim są już podzielni, a w grupie seniorów tylko nieliczni godzą się na kremację.

Dziesięciu katolików w wieku od 20 do 60 lat zapytałam, co myślą o kremacji. Sześciu z nich chce, by ich ciała po śmierci spopielono. Czterech - nie.

Nie chcę obudzić się w trumnie

- Mojego ukochanego psa potrącił samochód - zaczyna swoją opowieść 30-letnia programistka Kamila (pochodzi z Grudziądza, ale od dwunastu lat mieszka w Warszawie). - Zanim znaleźliśmy Billa, leżał w rowie z tydzień. Miałam wtedy dziesięć lat i niejasne pojęcie o śmierci. Z religii i tego, co mi opowiadała babcia, wyobrażałam sobie, że umierając, stajemy się aniołami, ktoś nas ubiera w świetlistą szatę i z uśmiechem na ustach unosimy się do góry. Słychać śpiew, jakieś harfy, jest pięknie. Babcię odwiedzali świadkowie Jehowy. Zostawiali jej swoje pismo "Strażnicę" z kolorowymi obrazkami. Mój raj to były tamte obrazki: króliczki kicają, drzewa kwitną, ludzie się obejmują. Pytałam mamę, czy jeśli umrę, to Bil i mój kanarek Moris będą ze mną w takim raju. Mówiła, że tak. Zobaczyłam jednak Bila w rowie z rozprutym brzuchem, szklanymi oczami i robakami jedzącymi jego wnętrzności i dotarło do mnie, że ten raj musi być inny. Nie mogłam uwolnić się od tego obrazu. W pewnym sensie do dziś nie mogę tego zrobić. Jestem osobą wierzącą. Chodzę do kościoła i przystępuję do sakramentów. Mam trzydzieści lat i gdy myślę o śmierci, a nie zdarza się to często, widzę rozpruty brzuch i robaki. Wolę, żeby z moim ciałem nie działy się takie straszne rzeczy. Dlatego chcę być skremowana.

Marią, 39-letnią tłumaczką z Poznania, kieruje co innego. - Identyfikowałam w prosektorium ciało brata mamy. Do dziś pamiętam zapach tamtego miejsca. Zawsze byłam wrażliwa na zapachy. Nie jestem w stanie wytrzymać podróży latem w autobusie pełnym ludzi. Rodzina śmieje się, że mam węch jak pies. Nawet mięso dają mi do powąchania, gdy przywożą je ze sklepu. Noszę okulary minus czwórki. Może dlatego mój nos działa lepiej niż u innych. Wiem, że to irracjonalne, ale nie zniosłabym tego, że po śmierci moje ciało śmierdzi. Prochy nie śmierdzą.

Nina jest siostrą Marii. Ma 20 lat. Studiuje stomatologię. - Rozkład ciała po śmierci? Normalna kolej rzeczy - mówi, ale chce spopielenia. - W domu nie rozmawiało się o śmierci na poważnie. Dziadek opowiadał historie o życiu pozagrobowym, które nas - mnie, siostrę i trzech moich kuzynów - miały przestraszyć. Tak dla żartów. Pamiętam taką historię o pannie młodej, która zmarła w dniu ślubu. Pochowali ją w białej sukni, ale ona naprawdę nie umarła, tylko zapadła w letarg. Obudziła się w trumnie. Do dziś na myśl o tamtej, zapewne nieprawdziwej, historii cierpnie mi skóra. To głupie i racjonalnie nie potrafię tego wytłumaczyć. Boję się, że się obudzę jak tamta kobieta i palcami będę próbowała przebić wieko trumny. Chcę być spalona.

Pan Bóg nie jest drobiazgowy

Tomasz (32 lata, sprzedawca w firmie z branży spożywczej z Wadowic) do śmierci podchodzi racjonalnie: - Każdego z nas to czeka. Wychowałem się w wierze katolickiej i wierzę, że po śmierci spotykamy się z bliskimi. Jest mi wszystko jedno, czy mnie pochowają w trumnie, czy spopielą. Biorę jednak pod uwagę to, że pożyję do mniej więcej 70. Za te prawie 40 lat miejsce na cmentarzu będzie pioruńsko drogie. Rok temu pochowałem mamę. Na pogrzeb z porządną trumną i konselację wydałem około 15 tys. zł. Taniej będzie jeśli już dziś oświadczę rodzinie, że w razie czego niech mnie spopielą i pochowają w urnie. Poza tym urnę można pochować w istniejącym już grobie. Same korzyści: rodzina w jednym miejscu i taniej, bo nie trzeba płacić za kolejne miejsce na cmentarzu.

Paweł (35 lat, biolog z Krakowa) mówi krótko: - Pogrzeb w trumnie jest nieekologiczny. Ciało rozkłada się kilkadziesiąt lat. Cmentarze to tykające bomby ekologiczne. Wystarczy powódź i skażona jest cała okolica. Spopielenie jest czyste, higieniczne, nie trzeba ścinać drzew na trumny. Bilans jest prosty. Decyzja też.

Wiktor (34 lata, pseudonim "Murarz", warszawiak) przedstawia się jako żeglarz i podróżnik. W liceum był animatorem Ruchu Światło-Życie: - Wierzę w zmartwychwstanie, ale nie sądzę, żeby poza możliwościami Boga było powołanie nas do życia wiecznego z prochów. Przecież ludzie, którzy umarli kilkaset lat temu, już są prochami. I co, Bóg w chwili Sądu Ostatecznego nie będzie mógł ich powołać do życia? Poza tym jako miłośnik polskich jezior nie mógłbym sobie odmówić, żeby cząstka mnie nie znalazła się na Mazurach. Takie mam marzenie, że gdy już umrę jako 90-letni kapitan, synowie zabiorą urnę na łajbę i tam będzie pierwsza, prywatna ceremonia pożegnania. Napiją się za mnie i część prochów rozrzucą. Drugą część pochowają na cmentarzu, żeby mieli gdzie ze swoimi dziećmi przychodzić. Wiem, że rozrzucenie prochów jest niezgodne z prawem kościelnym, ale przecież Pan Bóg nie będzie taki drobiazgowy jak nasi biskupi.

Urna jak Halloween

Teresa (60 lat, Kutno) o swojej wierze mówi, że rośnie proporcjonalnie do wieku: - Młodzi o tym nie myślą. Dlatego urny im w głowie. Wejdą w wiek, gdy zaczyna się czytać klepsydry, i zmieni im się punkt widzenia. Pogrzeb świadczy o człowieku. Ważne jest wszystko, ile ludzi przyszło, jak orkiestra zagra, a przynajmniej skrzypek albo trębacz. Trumna musi być porządna. Ciało godnie ułożone. Nie mam nic przeciwko, żeby mnie trochę po śmierci podmalowali. Przykazałam córce, żeby nawet nie myślała o kremacji. Ma być jak Pan Bóg przykazał: trumna, pożegnanie, grób. Amen.

Jej mąż chce być skremowany. Teresa: - I to jest jeden z powodów dwóch kryzysów małżeńskich, które przeżyliśmy. Mam nadzieję, że go nie przeżyję, bo jak będę zmuszona spełnić jego wolę, to - jak mi Bóg miły - nie daruję mu na tamtym świecie.

Wśród przeciwników urny powtarzają się argumenty:

* o amerykanizacji polskiej tradycji (Aleksandra 45 lat, księgowa z Krakowa, działa w neokatechumenacie: - Spopielanie i urny przyszły wraz z serialami amerykańskimi. Jak Halloween);

* o pójściu na łatwiznę (Tomasz, 64 lata, geodeta z Brzeska: - Pogrzeb ma być łatwy, szybki, higieniczny, bez emocji? Jestem przeciw);

* o odcięciu od tradycji Kościoła (Karol, 60 lat, kiedyś listonosz, a dziś kierowca: - Nie znam księdza, który chciałby się spopielić. Kto jak kto, ale oni pilnują tradycji).

W Polsce działa dziś 13 krematoriów, ale spopielanie zwłok to wciąż margines - na poziomie kilku procent pochówków. Po sąsiedzku w Czechach to już ok. 80 proc., a w Niemczech ok. 70 proc. Koszt pogrzebu tradycyjnego jest dużo wyższy niż urnowego. Za najprostszą trumnę zapłacimy ok. 1500 zł. Do tego koszty pogrzebu (w zależności od regionu od 500 do nawet 4 tys. zł). Miejsce na cmentarzu dla tradycyjnego grobowca to jeszcze większy wydatek: od tysiąca do kilku tysięcy złotych w dużych miastach. Najtańsza urna to z kolei ok. 400 zł. Do tego tzw. trumna kremacyjna - ok. 400 zł. Mniejsze są też koszty pochówku - od 150 zł do ok. 600 zł. Droższa może okazać się opłata za nabożeństwo: jeśli będzie rozbite na dwa dni (nabożeństwo nad trumną z ciałem i pochówek urnowy po kilkudniowej przerwie spowodowanej oczekiwaniem na prochy). Przedsiębiorcy pogrzebowi przewidują, że za rok statystyki pokażą wzrost pochówków urnowych. Tłumaczą to obniżeniem zasiłku pogrzebowego z 6,5 tys. zł do 4 tys. zł.

Stanowisko Kościoła: Kościół nie jest przeciwko kremacji



Źródło: Gazeta Wyborcza
  • 1
  • 115 komentarzy
  • Drukuj
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    58 głosów

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':