http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Nie możemy napisać, co robił burmistrz

Krzysztof Katka, Gdańsk
2011-11-17, ostatnia aktualizacja 2011-11-17 08:42

Jan Bukowski, emeryt społecznik, pokazuje wszystkie materiały sprawy. W pokoju obok jego córka Róża rozmawiała przez Skype'a z wiceburmistrzem
Jan Bukowski, emeryt społecznik, pokazuje wszystkie materiały sprawy. W pokoju obok jego córka Róża rozmawiała przez Skype'a z wiceburmistrzem
fot. Krzysztof Katka

Intymne internetowe rozmowy kosztowały wiceburmistrza Lęborka posadę. Teraz płacą za nie także ludzie, którzy nagrania ujawnili

ZOBACZ TAKŻE
SERWISY
- Siedzę w pokoju z tą "Grubą Bertą", a tu wchodzi wiceburmistrz i pomiary jakieś robi. Berta zdziwiona pyta: "Ten facet to zastępca burmistrza? Przecież ja go znam, on rajcuje na internecie" - wspomina Róża Wegner wizytę urzędnika w domu rodziców.

Kilka dni później zainspirowana słowami przyjaciółki Róża rozpoczyna internetowy flirt z wiceburmistrzem, żeby zdobyć kompromitujące go materiały. 30-letnia ładna brunetka zainteresowała mężczyznę od razu. - Nie powiem, przystojny był i inteligentny. Ale gdybym mogła cofnąć czas, to zrobiłabym tak, żeby mieć z tego korzyści, a nie krzywdę. Mogłam posłuchać Berty, pokazać mu te rozmowy i nagrania z kamery. Afera by nie wybuchła, a ja pewnie dziś miałabym pracę i własne mieszkanie.

A tak Róża Wegner zamiast korzyści robi koleżankom manikiur w mieszkaniu rodziców i zasiada na ławie oskarżonych w karnej sprawie o ujawnienie prywatnej korespondencji. Sprawę cywilną już o to przegrała.

Wzmocniony wsparciem małżonki

W grudniu 2008 r. w 35-tysięcznym Lęborku wybuchł skandal obyczajowy. Media lokalne i krajowe relacjonowały prywatną rozmowę, którą wiceburmistrz Tadeusz Obidziński prowadził z panią Różą. Czytelnicy mogli poznać pikantne fragmenty rozmów i fotografie polityka z grymasem twarzy i wypikselowanym paskiem na oczach. Nie możemy napisać, o czym dokładnie rozmawiali i co działo się podczas internetowych spotkań, ponieważ wiceburmistrz pozywa za to do sądów i wygrywa sprawy o ujawnienie tajemnicy korespondencji.

Nie wchodząc w szczegóły, w Lęborku wrzało, ulica przez kilka tygodni o niczym innym nie mówiła. Obidziński, jego żona i córka zaszyli się w domu. Później sąd orzekł, że był wyszydzany i wyśmiewany na ulicach, a córka zerwała kontakty z rówieśnikami z miasteczka. Ponoć został też pobity i wyzwany od najgorszych.

Afera sięgnęła szczytów lokalnej polityki. - Jestem zbulwersowany postępowaniem mojego pracownika - mówił ówczesny burmistrz Włodzimierz Klata. - Przepraszam za to wszystkich mieszkańców. Mój zastępca okrutnie nas zawiódł.

Radni miejscy zwołali nadzwyczajną sesję, podczas której opozycja bezskutecznie domagała się powołania komisji śledczej. Jeden ze zwolenników śledztwa radny SLD Jan Przychoda ocenił publicznie, że specjalna grupa powinna sprawdzić komputer wiceburmistrza, bo "ten pan mógł te rzeczy robić nie tylko z dorosłymi, ale i z młodzieżą, i z dziećmi".

Obidziński po kilku dniach milczenia podał się do dymisji i wydał oświadczenie, w którym zapowiedział, że wobec winnych "publicznego ujawnienia i komentowania szczegółów z mojego życia prywatnego i intymnego, które nie miały żadnego związku z moją działalnością publiczną" będzie metodycznie podejmował kroki cywilnoprawne. "Wzmocniony jestem wsparciem udzielonym przez moją małżonkę" - zaznaczył.

Jako pierwszy kroki odczuł radny Przychoda. Przegrane w sądach kolejnej instancji kosztowały go kilka tysięcy złotych, które wydał na koszty sądowe, przeprosiny i grzywnę. Formalnie popełnił przestępstwo zniesławienia, sugerując, że Obidziński mógł seksualnie wykorzystywać dzieci.

- Sąd mi zabronił udzielania informacji na ten temat, ale czasem mi się to po nocach śni, kto tu naprawdę winny - mówi z wyrzutem Przychoda.

Zaczęło się od 4 metrów

Za całą aferą stoi 71-letni Jan Bukowski, ojciec Róży Wegner, działacz miejscowego SLD, były szef koła łowieckiego i, jak się przedstawia, aktywny społecznik.

- W 1995 r. wykupiliśmy od miasta mieszkanie komunalne, a po latach okazało się, że lokale w rzeczywistości mają mniejszy metraż - mówi. - Mieszkanie w dokumentach miało 77 metrów, a faktycznie o cztery mniej. Proszę, tu mam opinię biegłego - wykłada na stół teczki.

Bukowscy zażądali od urzędu miejskiego zwrotu pieniędzy za te cztery metry i wnioskowali, by naliczać im odpowiednio niższy czynsz. - Ale sprawa się ciągnęła i ciągnęła. Aż pewnego dnia zadzwonili, że przyjdą na pomiary.

Przygotował się do tej wizyty. Pomiary w jego mieszkaniu rejestrowały kamery lokalnej telewizji.

Przyszło dwóch urzędników - w tym sam wiceburmistrz Obidziński. Mierzyli i sprawdzali, czy lokatorzy nie przebudowali mieszkania. Bukowski nie był zadowolony z wizyty. Uznał, że Obidziński źle go potraktował. - To nie było normalne, jak mi walizkę stojącą przy ścianie mierzyli - wspomina.

W tym czasie w dziecinnym pokoju Róża Wegner plotkowała z koleżanką, czyli z "Grubą Bertą". - I ona powiedziała, że z tym facetem kilka lat rajcowała na internecie, a potem kuzynka go jej odbiła, albo odwrotnie - wspomina Róża. - Potem zainstalowała mi komunikator Tlen, wyszukała jego nick i w moim imieniu wysłała wiadomość. Odezwał się po kilku dniach i zaproponował rozmowę przez Skype'a. No to Berta mi Skype'a zainstalowała i tak się zaczęło.

Róża: - Po co to wszystko? To Berta całą aferę zrobiła, to ona wsadziła mnie na minę. Mówiła, że osoba z taką pozycją nie będzie chciała, by to ujawnić, i coś nam zaproponuje. A potem się wycofała.

- A Berta nie mogła sama z nim rozmawiać?

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • 1
  • 54 komentarze
  • Drukuj
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    38 głosów

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':