http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Czeski błąd

Marcin Kącki
2011-11-15, ostatnia aktualizacja 2011-11-15 12:12

7 października 2011 r. Zatrzymanie bombiarzy. - Jesteście lepsi niż w filmach. Jak na nas trafiliście? - pytali policjantów
7 października 2011 r. Zatrzymanie bombiarzy. - Jesteście lepsi niż w filmach. Jak na nas trafiliście? - pytali policjantów
Fot. materiały policji

Jeśli można coś zrobić lepiej, znajdę sposób - przechwala się na portalu społecznościowym menedżer z Gdańska. Wkłada maskę, perukę, robi skok na kasę Ikei. Genialny. No, prawie

Jeden z dwóch zatrzymanych
Fot. KG Policji
Jeden z dwóch zatrzymanych
SERWISY
W południe do szefa ochrony sklepu Ikea w czeskiej Pradze wchodzi sprzątacz, kładzie na biurku bombę, którą wyjął ze śmietnika. Zapalnik zegarowy uruchomi się o godz. 17. Przyjeżdża policja, klientów wyrzuca, sklep zamyka.

Do budki telefonicznej koło Wrocławia podchodzi mężczyzna w kapturze. Wykręca numer do Ikei w Szwecji i informuje: - Zaraz będzie wybuch.

Sprzątacz był w specnazie

Jest piątek 2 września tego roku, tuż po godzinie 16, gdy wszyscy myślą o końcu tygodnia. Komenda policji w Jaworze dostaje polecenie, by zebrać odciski palców ze słuchawki, która wisi w jednej z budek telefonicznych. Policjanci mają też zapytać, czy ktoś nie widział dzwoniących. Sprawa musi być ważna, bo zadanie zleca Komenda Główna Policji. Trop z odciskami jest zgubny, bo mogła je zostawić połowa miasta. Świadkowie mówią o dwóch mężczyznach w kapturach, którzy podjechali pod budkę jasnym busem.

Mija weekend. W poniedziałek Maria Lubicz-Stabińska, szefowa Centralnego Biura Śledczego we Wrocławiu, dostaje informację, że z budki w Jaworze ktoś zadzwonił do Ikei w Sztokholmie i płynną angielszczyzną zakomunikował, że w sklepie w Pradze wybuchnie bomba. Może dowcip, myśli szefowa CBŚ, ale kto by się trudził, by straszyć Szwedów? Jeszcze w poniedziałek odzywają się czescy policjanci. Potwierdzają: w piątek z kosza na śmieci w praskiej Ikei sprzątacz wyjął bombę z zegarem. To kilka petard z budzikiem połączonych drutami. Nie mogła zabić, ale narobiłaby huku, zapaliła śmieci i wystraszyła klientów. Sprzątacz znalazł bombę przypadkiem, nim wybuchła, bo opróżnia kubły co godzinę. Nie wybuchło, bo sam przeciął kabelki. To dorabiający Ukrainiec, emerytowany pracownik specnazu.

Lubicz-Stabińska zwołuje naradę. Teoria jest taka: ktoś podłożył bombę w Pradze, pojechał do Polski i zadzwonił z budki do Sztokholmu. Tylko po co? Tego dzwoniący nie wyjaśnił.

Bomber pełen ogłady

Wyjaśnia się jeszcze w poniedziałek, po południu, gdy Lubicz-Stabińska dostaje z Ikei w Sztokholmie kopię maila po angielsku. Policjanci czytają:

Szanowni Państwo

Informujemy, że jeśli do 7 września, do godziny 15.00, nie zostanie przelane 6 mln euro na konto bankowe [tu nazwa banku], dokonamy kolejnych eksplozji. Prosimy założyć konto w banku i przekazać nam kody dostępu na numer telefonu, który podajemy...

Z poważaniem


Mail dotarł do szwedzkiej Ikei kilka godzin po telefonie, w piątek, ale w weekend nikt tam nie pracował.

CBŚ chce ustalić nadawcę maila: wiadomo tylko, że wysłany został z nieużywanego wcześniej telefonu komórkowego gdzieś w Polsce, wyrzuconego zaraz po wysłaniu wiadomości. Tyle.

Policjanci analizują treść: dobór słów, znajomość angielskiego wskazuje na osobę pełną ogłady i kultury osobistej. To ktoś potrafiący pisać w stylu urzędowym, zatem wykształcony lub obyty z taką korespondencją. Nie daje się ponosić emocjom. Jeśli przyjąć, że to Polak, są miliony podejrzanych.

Ale dlaczego szantażysta straszy, że będą kolejne eksplozje? To wyjaśnia się dzień przed ultimatum, 6 września. Przedstawiciel Ikei w Polsce mówi, że podobne nieszkodliwe bomby wybuchały od maja w sklepach we Francji, w Belgii, Holandii i Niemczech. Powodowały huk i małe pożary. CBŚ sprawdza resztki po tamtych bombach - takie same ładunki, zatem ten sam bomber.

Program komputerowy, do którego CBŚ wrzuca wszystkie dane, a który kojarzy podobieństwa spraw kryminalnych i ma wytypować działających bandytów, nie daje rady: kulturalny, pełen ogłady, wykształcony bomber to nowość.

Koledzy z ogólniaka

Mikołaj i Adam, 38-latkowie, siedzą w małej altance nad jeziorem Wdzydze na Kaszubach. Domek należy do ojca Mikołaja. Nieopodal zaparkowali volkswagena busa, którego Mikołaj pożyczył od rodziny. Mężczyźni czekają na SMS-a. Jeśli przyjdzie, będą uratowani.

Adam pochodzi z rodziny rzemieślniczej, Mikołaj to syn lekarza. Poznali się w liceum ogólnokształcącym w Gdyni, po maturze ich drogi się rozeszły.

Mikołaj próbował studiów na kilku kierunkach, żadnych nie skończył. 15 lat temu dał się namówić na przemyt narkotyków, wpadł na polskiej granicy, dostał kilka lat więzienia. Wyszedł, spotkał kobietę, urodziło im się dziecko, założył firmę budowlaną. Interes się kręcił, ale z powodu kryzysu na rynku klienci przestali mu płacić, więc i on nie płacił dostawcom. Popadł w długi.

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • 26
  • 4
  • 2
  • 2
  • 1
  • 52 komentarze
  • Drukuj
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    127 głosów

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':