Theresa May to najwyżej postawiona kobieta w rządzie Davida Camerona i polityk mająca jak dotąd mocną pozycję we współrządzącej w Londynie Partii Konserwatywnej. Zaczęło się od tego, że w lipcu minister May zgodziła się na - jak zastrzega - nieznaczne rozluźnienie kontroli granicznych, by rozładować tworzące się w okresie wakacyjnym kolejki na lotniskach czy w portach. Urzędnicy nie sprawdzali danych biometrycznych podróżnych posiadających nowe (biometryczne) paszporty. Nie weryfikowali też odcisków palców. Procedury te pozwalają sprawdzić, czy osoby przekraczające granice nie figurują na tzw. czarnej liście podejrzanych terrorystów i nielegalnych imigrantów. I wyłapać osoby z podrobionymi paszportami.
Ta decyzja minister May może kosztować ją stanowisko. Szczególnie jeśli premier uzna, że jej obrona kosztuje rząd zbyt wiele. W tle awantury jest bowiem rzecz dla wyspiarzy obsesyjnie ważna - szczelność granic. Z powodu lęku przed niekontrolowaną imigracją z kontynentu (i świata)
Wielka Brytania pozostaje poza Schengen. Lęk przed przenikaniem granic Albionu jest też jednym z głównych motorów brytyjskiego eurosceptycyzmu.
Tymczasem laburzystowska opozycja, czytane przez miliony tabloidy i część komentatorów oskarżyli May o to, że naraziła kraj na niepotrzebne ryzyko. Prawicowy "Daily Mail" napisał, że w ciągu kilku miesięcy obowiązywania mniej restrykcyjnych kontroli do Wielkiej Brytanii wjechało ok. 5 mln osób, w tym zapewne nieokreślona liczba przestępców, terrorystów i nielegalnych imigrantów. W tabloidach pojawiły się karykatury przedstawiające terrorystów w turbanach przemykających się z wielkimi bombami przez punkty kontroli granicznych.
Pani minister utrzymuje, że jej zalecenie dotyczyło tylko obywateli krajów UE i Europejskiej Przestrzeni Gospodarczej, zresztą głównie nieletnich i
dzieci. I całą winę zwala na szefa agencji ds. kontroli granic (United Kingdom Border Agency) Brodiego Clarka. Miał on pójść dużo dalej, samowolnie znosząc biometryczne kontrole także wobec posiadaczy tego typu paszportów spoza UE, a więc z Afryki, Bliskiego Wschodu czy Azji. Według Lucy Moreton ze związku zawodowego zrzeszającego pracowników UKBA (Immigration Services Union) luźne kontrole paszportowe obowiązywały latem przez połowę każdej zmiany, a funkcjonariusze UKBA byli przeświadczeni, że takie praktyki zatwierdzono na szczeblu ministerialnym.
Problem w tym, że poza May nikt w rządzie nie wiedział o poluzowaniu systemu kontroli na granicach. We wtorek w czasie burzliwej debaty w Izbie Gmin minister zapewniała jednak, że szef agencji ds. kontroli granic działał na własną rękę bez konsultacji z nią czy gabinetem Camerona. Szef agencji i dwóch innych wysokich rangą urzędników z lotniska Heathrow zostali więc zawieszeni.
Linia obrony minister May załamała się jednak w środę, kiedy Brodie Clark przerwał milczenie i oskarżył swą szefową o to, że okłamała parlament. Siebie przedstawił zaś jako kompetentnego urzędnika, który stał się kozłem ofiarnym, bo musiał odejść, by ratować stołek niekompetentnej pani minister. Zapowiedział też, że wkrótce przedstawi swoją wersję wydarzeń, sugerując, że to May zleciła daleko posunięte rozluźnienie kontroli.
W środę już trzeci raz od czasu wybuchu skandalu minister spraw wewnętrznych stanęła przed Izbą Gmin. Zajmująca się granicami w opozycyjnym gabinecie cieni posłanka laburzystów Yvette Cooper zarzuciła jej niekompetencję. Partia Pracy zażądała też ujawnienia wszystkich dokumentów dotyczących rozluźnienia kontroli.
Rząd Camerona znalazł się w wyjątkowo kłopotliwej sytuacji. Po pierwsze, urzędnik spoza politycznych szeregów zarzucił kłamstwo czołowej minister i ważnej figurze w Partii Konserwatywnej. Po drugie, po raz pierwszy od przejęcia władzy w torysów uderzyła rykoszetem polityka cięć budżetowych. Poluzowanie kontroli granicznych było konsekwencją "odchudzenia" agencji ds. granic. W styczniu br. w ramach oszczędności zwolniono z niej 700 urzędników.