Za siedmioletnich rządów Zapatero
bezrobocie istotnie się podwoiło i wpędziło Hiszpanię w dół, z którego długo będzie wychodzić. To jest skutek obstawania przy modelu gospodarczym nadmiernie nakierowanym na budownictwo, i niekompetencji rządu wobec kryzysu, który wybuchł w 2008 roku i w Hiszpanię, właśnie z racji rozdętego sektora budowlanego, uderzył boleśniej niż inne kraje. Inny prawicowy rząd zapewne zareagowałby na kryzys szybciej i poradziłby sobie trochę lepiej, ale nie zaradziłby upadkowi budownictwa i utracie 2.5 miliona miejsc pracy. To wszystko nie ma jednak nic wspólnego z "lewackimi eskperymentami społecznymi" przypisywanymi rządowi Zapatero.
Tu już nic się nie zgadza. Ułatwienie rozwodów, liberalizacja aborcji czy legalizacja małżeństw homoseksualnych to nie są ani eksperymenty, ani lewackie. To liberalne z gruntu reformy, które wcześniej wprowadzono wielu krajach Europy.
Hiszpania do nich dołączyła. Wszystkie one ponadto cieszyły się ogromnym poparciem opinii publicznej w Hiszpanii do tego stopnia, że prawica hiszpańska sprzeciwiała się - niektórym z nim - znacznie słabiej, niż zacięty w oporze
Kościół katolicki, który w Hiszpanii rządu dusz nie sprawuje. Zapatero skonsumował szybko i łatwo świecki stan ducha przytłaczającej większości Hiszpanów.
Jeśli nowy naczelny "Rzeczpospolitej" Tomasz Wróblewski kwituje ruch oburzonych na świecie nonszalanckim zdaniem: "Destrukcyjne idee panoszące się dziś na ulicach Rzymu, Aten, Madrytu, o zgrozo, nawet na Wall Street i znajdujące swoich popularyzatorów w Polsce potrzebują zdroworozsądkowego odporu. Nie uważamy, że wybijanie szyb w bankach i demontowanie rynków kapitałowych jest cool i jazzy. To, że walka prowadzona jest za pomocą iPhone'ów, a ideolodzy nazywają się "oburzonymi" - a nie anarchistami czy marksistami - nie czyni ich mniej niebezpiecznymi" - to sam autor potrzebuje zdroworozsądkowego opamiętania.
Festiwal finansowej rozpasanej chciwości bankierów jest faktem empirycznie sprawdzalnym i piętnują go wiarygodni luminarze wolnego rynku, jak Sachs, Krugmann czy Mario Vargas Llosa (vide wywiad w "Gazecie Wyborczej"). Jeśli Tomasz Wróblewski pisze: "Nawet jeśli krzyże ze szkół i z parlamentu będą usuwane pod szczytnymi hasłami, nie zmienia to faktu, że w rzeczywistości jest to naruszanie podstawowej wolności obywatelskiej do manifestowania przekonań" - jest równie źle, bo wolność przekonań myli on ze świeckością instytucji państwowej.
Jeśli takie mają wyznaczniki liberalno-konserwatywnych ideałów nowej "Rzeczpospolitej" i innych mediów prawicowych, to marnie się ma liberalny konserwatyzm w Polsce. Za to świetnie pasują im ideologiczne klapki na oczach.