Najgłośniejsza była śmierć z 12 września. Ok. godz. 19 dyżurny Komendy Miejskiej Straży Pożarnej we
Wrocławiu odbiera zgłoszenie: pali się jedno z pomieszczeń izby. Jadący na miejsce strażacy nie wiedzą jeszcze, że przypięta pasami do łóżka płonie w nim żywcem 34-letnia Małgorzata L. Kobieta z poparzeniami na powierzchni 70 proc. ciała i zespołem ciężkiej niewydolności wielonarządowej trafia do szpitala, gdzie niedługo później umiera. Później okaże się, że wbrew przepisom pacjentka nie była doglądana, a podczas przyjmowania do izby została niedokładnie przeszukana. Przemyconą zapalniczką próbowała wyswobodzić się z uwięzi - przepalić pasy.
Dyrektor izby wytrzeźwień Janusz Łoziński przyzna później w rozmowie z "Gazetą": - Musiała się palić co najmniej pół godziny.
Dwa miesiące wcześniej, również w monitorowanej sali wrocławskiej izby, wiesza się mężczyzna. Nikt nic nie zauważa. O tragedii powiadamia obsługę jego współlokator. W ostatni czwartek policjanci przywożą bezdomnego. Niedoglądany po kilku godzinach umiera.
Mirosław (imię zmienione), 20 lat stażu pracy w izbach wytrzeźwień w północnej i zachodniej Polsce: - Ten cały monitoring w izbach to lipa. Podam przykład: na mojej zmianie powiesił się kiedyś mężczyzna. Oberwał sobie kawał koszuli, zawiązał pętlę i zasupłał na kracie. Wisiał tak przez jakiś czas, a my dowiedzieliśmy się o tym, dopiero gdy jego współlokator obudził się, bo go suszyło. Owszem, kamera w sali była zamontowana, ale podgląd był tylko w gabinecie dyrektora i lekarza. Pierwszego nigdy w nocy w izbie nie było. Drugi przychodził na zmianę, zamykał się w swoim pokoju i szedł spać, bo rano miał dyżur w szpitalu.
Miast nie stać na izby Izby wytrzeźwień zaczęły powstawać w Polsce na mocy rozporządzenia ministra spraw wewnętrznych do ustawy z 1956 r. o zwalczaniu alkoholizmu. Pierwszy punkt rozporządzenia przetrwał do dziś: "Izby wytrzeźwień stanowią miejsce czasowego przebywania osób nietrzeźwych, które swoim zachowaniem zakłócają spokój i porządek publiczny lub dają powód do zgorszenia w miejscach publicznych".
Pasy jako środek dyscyplinujący pojawiają się w 1961 r.
Dziś, dokładnie pół wieku później, w Polsce wciąż funkcjonują 43 placówki. W każdej pacjentów zapina się w pasy. Ale z każdym rokiem jest ich coraz mniej - z ich stosowania zrezygnowały:
Radom,
Bydgoszcz,
Kielce, Inowrocław, Kalisz i Ostrowiec Świętokrzyski. Lada moment w niebyt odejdzie ta w Zielonej Górze. Pijanymi, jak ma to miejsce w całej Europie, mają się zajmować wyspecjalizowane służby.
- W Zielonej Górze obecność izby zwalniała innych od czegokolwiek. Gdy tej placówki nie będzie, to nastawienie służb będzie musiało się zmienić - mówiła "Gazecie" we wrześniu wiceprezydent miasta Wioleta Haręźlak. - Czekają nas rozmowy ze szpitalem i z policją. Funkcjonariusze powinni zawozić do domów część nietrzeźwych. Miejsce agresywnych jest w policyjnej izbie zatrzymań. Jeśli upojenie alkoholowe będzie zagrażało życiu, taki człowiek stanie się pacjentem szpitala.
Izby zamykane są w Polsce jednak nie dlatego, że rośnie wśród nas świadomość praw człowieka. Nie z przekonania, iż w wolnym kraju wolni ludzie po prostu mają prawo się upijać i nikt nie powinien ich za to karać. Prawdziwy powód jest banalny: samorządów nie stać na utrzymywanie placówek, w których ściągalność należności od pacjentów sięga 10 proc.
A wrzeszcz sobie, śmieciu W polskich izbach dzieje się źle. Rocznie ginie w nich od kilku do kilkunastu osób (dokładnych statystyk nikt nie prowadzi).
Tymczasem wchodząc do Unii Europejskiej,
Polska zobowiązała się do ratyfikowania protokołu fakultatywnego do konwencji w sprawie zakazu stosowania tortur oraz innego okrutnego, nieludzkiego lub poniżającego traktowania albo karania (OPCAT). Nakazuje on państwom członkowskim stały monitoring wszelkich miejsc przymusowego pozbawienia wolności. Decyzją ministra sprawiedliwości zadanie to powierzono rzecznikowi praw obywatelskich, w jego biurze powołano Krajowy Mechanizm Prewencji.
Od 2008 roku KMP skontrolował 30 izb wytrzeźwień.
- W większości mieliśmy do czynienia podobnymi sytuacjami - mówi Magdalena Chmielak, zastępca dyrektora zespołu KMP. - Nieprawidłowości przy stosowaniu środków przymusu bezpośredniego, brak faktycznej kontroli nad pacjentami, w przypadku których stosowano pasy, przypadki poniżającego traktowania pacjentów.
W Chełmie pracownicy biura RPO losowo przeglądali zapisy z monitoringu: "Pacjent podczas przyjęcia został rzucony na podłogę, rozebrany, a następnie szarpany, wręcz ciągnięty do sali, w której został umieszczony bez ubrania".
W Koszalinie "każde łóżko ma metalową ramę, do której przykuwane są ręce osób pobudzonych. Służy do tego skórzany pas z dwoma metalowymi uchwytami. W pierwszy wkłada się nadgarstek, drugi przykuwa do łóżka ( ). Opiekun oprowadzający pracowników biura RPO stwierdził, że pacjentów często przykuwa się do łóżek profilaktycznie, by zbyt często nie pukali do drzwi. Jeden z nich w dniu wizytacji był zmuszony oddać mocz na łóżko, ponieważ nikt nie reagował na jego krzyki".
- To, czy pacjent zostaje zapięty w pasy, czy trafia do zwykłej sali, zależy tylko i wyłącznie od widzimisię kierownika zmiany - opowiada Mirosław. - Jak już leży w tych pasach, to myśli pan, że ktoś reaguje na jego wołanie? Na prośbę o wypięcie, bo musi do toalety? Ja będę wstawał, przerywał grę w karty albo odrywał się od telewizora, bo jakiś śmierdzący pijak wrzeszczy? A wrzeszcz sobie, śmieciu, jak się nachlałeś. Takie jest myślenie o pacjentach. Większość personelu, z którym miałem do czynienia, hołdowała zasadzie OP, czyli "opierdol albo przypierdol". Bo ktoś uwierzy pijakowi, że w łeb dostał w izbie, a nie wcześniej na libacji?
Według biura RPO pacjentom w polskich izbach nie zapewnia się intymności (w niektórych izbach monitoring zainstalowany był nawet w przebieralniach i toaletach), zmusza się do rozbierania, wykorzystuje do tego nieuprawniony personel.
Grudziądz: "Czynności związane ze zdejmowaniem pacjentce bluzki i bielizny dokonywane były przez dwóch mężczyzn, w rozbieralni obecna była również kobieta, która jednak tylko przyglądała się tej sytuacji".
Gliwice: "Użyty przymus przy rozbieraniu pacjenta był w znacznym stopniu niewspółmierny do zachowania i stanu pacjenta".
Koszalin: "Na nocnych zmianach dodatkowo pracuje kobieta, co zapewnia wykonywanie czynności higieniczno-sanitarnych wobec umieszczonych w izbie kobiet przez osobę tej samej płci. Podczas dziennych zmian czynności te są wykonywane przez księgową".
Praktyka przymusowego, siłowego rozbierania pacjentów i przebieranie ich w odzież zastępczą jest nie tylko niezgodna z rozporządzeniem ministra zdrowia z 2004 r., ale przede wszystkim z orzecznictwem Europejskiego Trybunału Praw Człowieka. W sprawie Wiktorko przeciwko Polsce 31 marca 2009 r. Trybunał uznał za zasadną skargę obywatelki polskiej, która po przewiezieniu do izby wytrzeźwień została w niej siłą rozebrana, przebrana w odzież zastępczą, a kiedy się przed tym wzbraniała, przypięto ją pasami do łóżka na 10 godzin. Dostała 7 tys. euro odszkodowania.
Taaakaaa nocka była Jest jeszcze jedna wstydliwa sprawa: gdy rano w izbie zaczynają się wypiski trzeźwiejących pacjentów, dochodzi do awantur o wartość depozytów. Przepisy mówią, że zatrzymanym odbiera się wszystkie rzeczy osobiste.
Mirosław: - Policjanci przywożą klienta i muszą podpisać protokół ze zdania rzeczy do depozytu. Często jest tak, że po prostu nie chce im się czekać, aż zostanie przebrany, podpisują więc papier in blanco. Przyjmujący może wpisać do protokołu, co chce, a jak pacjent jest mocno trafiony, to wszystko podpisze. Gdy rano się awanturuje, gaszą go tekstem: podpisujesz, czy wracasz do sali na sześć godzin, bo widzę, że ciągle jesteś nawalony?
- Pan nigdy nie brał udziału w takich praktykach? - dopytuję.
- Brałem. Wszyscy biorą. Jak przyjmowałem się do pracy na początku lat 90., normą było, że po przywiezieniu pacjenta w pokoju socjalnym zbierali się kierownik zmiany, pielęgniarka, doprowadzający policjanci i odbywało się komisyjne liczenie portfela: dwie dychy dla ciebie, dla ciebie, dla ciebie. Miałem się wyłamać? Na policjantów donosić? To się dzieje nadal.