Goście Tate Modern w Hali Turbin, gdzie otwarto instalację "Ziarna słonecznika" Ai Weiwei. Podłoga hali została zasypana ok. 100 milionami naturalnej wielkości porcelanowych ziaren ręcznej roboty wykonanych przez chińskich robotników. "Made in China" - organizatorzy chcą, by stąpając po ziarnach odwiedzający galerię zastanowili się nad znaczeniem tych słów
Fot. Lennart Preiss AP
- Większość muzeów i galerii jest jak kościoły, trzeba być cicho, a w Tate Modern dzieciaki jeżdżą na deskorolkach - mówi Marc Sands, dyrektor ds. mediów i publiczności w największej brytyjskiej galerii sztuki współczesnej
Fot. TATE MODERN
Ekran z filmem Tacity Dean w Hali Turbin w Tate Modern
Dorota Jarecka: Został pan zatrudniony w Tate, aby ją otworzyć na jeszcze szerszą publiczność. Czy 7 mln widzów rocznie nie wystarczy?
Marc Sands*: Kiedy Nick Serota, szef galerii Tate, zwrócił się do mnie, miał na myśli przyciągnięcie do galerii konkretnych nowych grup ludzi. Na przykład Tate Modern - galeria sztuki XX i XXI w., działająca w budynku dawnej elektrowni, adaptowana na muzeum przez duet Herzog & de Meuron - znajduje się w niezbyt bogatej dzielnicy. Chodziło o to, aby przyszli tu ludzie z sąsiedztwa i poczuli, że to jest miejsce nie dla elity, ale dla każdego. Druga grupa to rodziny z dziećmi. Mój wielki żal jako dorosłego do rodziców jest taki, że nie zabierali mnie często do galerii. Trzecia to mniejszości. Najczęściej profil galerii w wielkich miastach nie odbija socjologicznego profilu tych miast. Tate ma cztery oddziały: prócz Tate Modern i Tate Britain w Londynie także Tate Liverpool i Tate St. Ives. Kiedy dwa lata temu zrobiliśmy w Tate Britain wystawę Chrisa Ofili, zaprosiliśmy też m.in. afrykańsko-karaibskich muzyków, którzy przyciągnęli na wystawę czarną miejską społeczność, ludzi, którzy w innym wypadku pewnie by tam nie przyszli.
Przedtem pracował pan w marketingu dziennika "Guardian", rozbudowując stronę internetową i komunikację z czytelnikami. To doświadczenie się przydaje?
- W Tate także zostałem zatrudniony po to, aby rozwinąć sektor online. Chodziło o to, aby symbolicznie obniżyć ściany galerii. Kiedy np. pod koniec 2010 r. w Tate Modern miała zostać otwarta wielka wystawa Gauguina, namówiliśmy kuratorkę Christine Riding, żeby prowadziła blog i potocznym językiem opowiedziała, dlaczego wybierała te, a nie inne obrazy. Była przejęta, kurator to przecież nie jest dziennikarz, choć niektórzy z nich świetnie piszą. Ostatecznie przez trzy i pół miesiąca trwania wystawy napisała 36 postów. Blogował też szef Tate Nick Serota. Wystawa była ogromnym sukcesem. Liczyliśmy na 350 tys. widzów, było 426 tys.
Przyczyniły się do tego media społecznościowe?
- Nie, myślę, że to była świetna wystawa, choć może nie jest bez znaczenia, że tyle osób śledziło ją w sieci. Tate ma teraz 300 tys. "przyjaciół" na Facebooku i pół miliona na Twitterze. Media społecznościowe działają jednak tylko wtedy, gdy wciąż się dosyła nową treść. Więc my np. w piątki publikujemy prognozę pogody, ilustrując ją dziełem z naszej kolekcji.
Czy ci sami ludzie blogują i chodzą do galerii? Jeśli jestem na Facebooku to raczej siedzę w domu.
- Tate odwiedza rocznie ponad 7 mln ludzi, samą Tate Modern - ponad 5 mln. Ani przez sekundę nie myślę, że obejrzenie dzieła sztuki w internecie może zastąpić zobaczenie go na żywo. Właśnie ci, którzy widzieli obraz w sieci, przyjadą, żeby go zobaczyć, a potem rozejrzą się wokół i dostrzegą inne.
Czy ma pan także jakiś wpływ na program? Na następne wystawy dla kolejnej grupy publiczności?
- Kuratorzy powinni uwzględniać publiczność. Muszą potrafić jej wytłumaczyć, dlaczego robią takie, a nie inne wystawy. Jedną z rzeczy, o których rozmawiamy, to tytuły. Łatwo użyć słów, których ludzie nie rozumieją. Na przyszły rok jest zaplanowana wystawa o sztuce tworzonej przez emigrantów do Wielkiej Brytanii od XV w. do dzisiaj. Jej tytuł brzmi "Migracje", dyskusja z kuratorami dotyczyła podtytułu: "What makes British Art" czy "What makes Art British". Ja nie mówiłem, który jest lepszy, ale że powinien to być tytuł, który przyciągnie publiczność.
Oznaczać to może kompromis: jednoznaczny tytuł, uproszczona treść.
- Spłaszczanie to jest największy błąd i galeria nie powinna tego robić. Jeśli powiem dziennikarzowi: jestem z działu marketingu i chcę sprzedać twój tekst, prawdopodobnie nie będzie chciał ze mną rozmawiać, jednak jeśli powiem, że chcę sprawić, żeby więcej osób przeczytało jego tekst, dziennikarz będzie zainteresowany. Nie chcę spłaszczać sztuki, ale chcę, by więcej ludzi ją zrozumiało.
Ostatnio rozpoczęliśmy pewien eksperyment. Stworzyliśmy grupę 12 tys. osób, z którymi kontaktujemy się online i których będziemy pytać o zdanie. W przyszłym roku robimy wystawę japońskiej artystki Yayoi Kusamy, mamy różne projekty plakatu. Chcemy je im przedstawić i spytać, który uważają za lepszy.
A jeśli wybiorą gorszy?
- Sądzę, że byłoby głupotą rozpowszechniać plakat, o którym 80 proc. ludzi powie, że im się nie podoba.
Kuratorzy muszą się jednak pana bać.
- Takie narzędzie może być niebezpieczne, jeśli jest nadużywane. Jednak między nami jest zaufanie. Naprawdę nie uważam, by wystawa powinna być przygotowana w wyniku głosowania online. To byłoby groteskowe.
Na przyszły rok zaplanowane jest otwarcie nowej części Tate Modern w dawnych zbiornikach paliwa, za kilka lat nad nimi będzie zbudowana kolejna, 11-piętrowa struktura, także projektu biura architektonicznego Herzog & de Meuron. Jak długo galeria może rosnąć?
- Limit nie istnieje. Tate Modern już jest za mała dla ludzi, którzy tam przychodzą. W weekendy są tłumy. Podziemne galerie, które zostaną otwarte latem (w ramach olimpijskiego festiwalu kulturalnego), będą poświęcone sztuce performance i filmowi, dla których dotąd brakowało miejsca. Nowe przestrzenie zawsze umożliwiają nowe formy ekspresji, tak jak Hala Turbin pozwoliła na instalację monumentalnych prac takich artystów, jak Ai Weiwei, Anish Kapoor czy Louise Bourgeois. Jakkolwiek banalna jest to metafora, niezależnie jak szeroką autostradę się zbuduje, zawsze się wypełni samochodami, a w tej chwili Tate Modern jest jedną z pięciu głównych atrakcji, które turysta ogląda w Londynie.
Co o tym decyduje? Lokalizacja w przerobionym na muzeum gmachu dawnej elektrowni?
- Częściowo decyduje sam budynek, ale także sposób, w jaki Nicholas Serota potraktował w niej sztukę współczesną - to, że zamienił ją w otwarte społeczne doświadczenie. W Tate Modern jest wi-fi za darmo, można tu spędzić cały dzień, grać na komputerze, pracować, napić się kawy. W większości muzeów i galerii jest jak w kościołach - wszyscy muszą być cicho, a do Tate Modern wchodzi się po wielkiej rampie, dzieciaki tam jeżdżą na deskach, panuje swobodna atmosfera. Za wstęp trzeba płacić tylko na wystawy czasowe, kolekcja stała i projekty w Hali Turbin są za darmo. Nawet teraz, w okresie cięć budżetowych, kiedy nasze subsydia zostały zmniejszone o 15 proc., rząd się nie zgodził na wprowadzenie biletów. Dwie trzecie tej publiczności to ludzie poniżej 35. roku życia. My jesteśmy kuratorami tej przestrzeni, ale ona należy do nich.
Mówi się o Tate jako o marce ["brand"]. Co to znaczy?
- Są na świecie cztery muzealne megamarki: Luwr, Guggenheim, MoMA i Tate. To była świadoma polityka Tate, aby stworzyć markę, poczynając od logo, które powstało pod koniec lat 90., zanim jeszcze otwarto budynek. Logo jest miękkie, zapraszające, w jakiś sposób zapowiada budynek, gdzie też nie ma wyraźnej bariery między wnętrzem a zewnętrzem. Nie ma żadnego powodu, dla którego warunki, jakie zostały stworzone w Tate Modern, nie mogłyby zaistnieć gdzie indziej. Ostatnio byłem w KUMU - Muzeum Sztuki Estonii w Tallinnie. Miałem podobne uczucie, kiedy tam wszedłem, otwartego, nowoczesnego muzeum.
A przy tej eksplozji kulturalnej, jaka nastąpiła w krajach Europy Wschodniej po upadku ZSRR, nie widzę żadnego powodu, aby wątpić w publiczność. Jest może nawet bardziej ambitna niż w wyspiarskiej, niechętnie patrzącej na zewnątrz Wielkiej Brytanii.
*Marc Sands był gościem festiwalu Warszawa w Budowie organizowanego przez Muzeum Sztuki Nowoczesnej. Festiwal trwa do 29 października, program na stronie warszawawbudowie.pl.
O ile listy do redakcji pisane przez teistów i ateistów aż tak bardzo mnie nie zdziwiły, a wręcz ucieszyły, to oddźwięk na stronie internetowej "Krytyki Politycznej" raczej mnie zdziwił mocno - pisze Krzysztof Varga
Jeśli nie zginiemy od bomb, to niedługo umrzemy z głodu. Niech choćby sam diabeł uratuje nas przed Asadem! - błagają mieszkańcy syryjskiego miasta, w którym zginęły już 3 tys. osób