Kto chce usunąć krzyż z przestrzeni publicznej w Polsce, ten chce wprowadzać własną ideologię nienawiści" - ogłosił abp Józef Michalik po weekendowym zebraniu Episkopatu. Jak widać, niewiele ma
Kościół do powiedzenia w dyskusji o świeckim państwie. Biskupi na brutalny język Palikota odpowiedzieli równie brutalnie. Inaczej najwyraźniej nie potrafią.
Palikot rozpoczął dyskusję o świeckim państwie. Nie jest specjalnie ważne, czy robi to szczerze, czy dla taniego efektu. Kościół tej dyskusji nie chce, chociaż jest nieunikniona. Przykłada do postulatów Palikota postpeerelowską kliszę, abp
Sławoj Leszek Głódź mówi o "recydywie tego, co było już po 1945 r.". Biskupi reagują agresywnie, ciskają gromy, bo przyzwyczaili się, że to skuteczne.
Kościół po 1989 r. od kolejnych rządów - od lewicy po prawicę - dostawał wszystko, co chciał. Państwo ustępowało, bo zawsze były jakieś ważne powody, żeby ustępować. I zawsze też były ważne powody, żeby tzw. mainstream siedział cicho.
Początek lat 90. Nie drażnijmy Kościoła, bo demokracja świeża, trzeba biskupów wciągnąć do budowy społeczeństwa obywatelskiego. Nie zniechęcać, nie krytykować. Takie było - mniej więcej - stanowisko ówczesnej "Gazety".
Kiedy w 1997 r. dwóch posłów AWS w nocy powiesiło krzyż w Sejmie, nikt nie protestował. Owszem, marudził SLD. Ale w końcu wydał oświadczenie: dajmy sobie spokój. "Byłoby rzeczą złą dla Polski, gdyby rozpętano wojnę o symbole, zastępując nią spór o przyszłość kraju" - napisali lewicowi posłowie. Argument: "Nie rozpętujmy wojny", obowiązywał przez lata.
Religia miała być na pierwszej lub ostatniej lekcji, bez stopnia na świadectwie, miała być też w szkołach etyka. Guzik z pętelką. Ale "nie rozpętujmy wojny".
Równolegle z zakazem aborcji miała wejść edukacja seksualna i refundowana
antykoncepcja. Tak obiecywało państwo. Nie ma tego do dziś. "Nie rozpętujmy wojny".
W 2003 r. przed referendum akcesyjnym połowa Polski wstrzymała oddech: czy Episkopat każe proboszczom agitować przeciw Unii? Obłaskawianiem biskupów zajął się rząd Leszka Millera. Zadowolił ich deklaracją, że
Polska po wejściu do Unii nie złagodzi ustawy antyaborcyjnej.
O nadużyciach w Komisji Majątkowej słychać było od początku, ale nikt nie odważył się jej ruszyć. "Nie rozpętujmy wojny". Skończyło się skandalem korupcyjnym z byłym ubekiem w roli głównej. Kościół zyskał miliony, ale stracił twarz.
Do tego dochodzi zdumiewający brak klasy u części biskupów. Nieufność do wszystkiego, co nie ma w szyldzie "katolickie". Gromy na Owsiaka, organizowanie zbiórek po kościołach w tym samym dniu co Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy. Jakby nie można było tydzień poczekać. W 2000 r. abp Michalik publicznie pochwalił prezydenta Przemyśla za to, że nie zgodził się na organizację w tym mieście regionalnego finału Orkiestry. "Katolik ma obowiązek głosować na katolika, żyd na żyda, mason na masona, komunista na komunistę" - to z kolei instrukcja wyborcza abp. Michalika z 1993 r.
Przez cały ten czas Kościół wspierał (otwarcie lub mniej) opcje polityczne najdziwniejsze z możliwych. Twarzami katolicyzmu w parlamencie byli: Bender, Sobecka, Jackowski, Wrzodak, Giertych. Ludzie fanatyczni i niekompetentni. Za to mający pełne usta wiary oraz patriotyzmu i przytakujący we wszystkim Episkopatowi. To było dla biskupów podstawowe kryterium - lojalność. Kto miał choć cień wątpliwości, choć trochę krytyczne zdanie, stawał się wrogiem. Jak ojciec Ludwik Wiśniewski, który odważnie i z bólem mówił o błędach Episkopatu.
Kościelne gromy zawsze spadały na polityków umiarkowanych, np. w sprawie
in vitro. Ale nigdy na posłów w rodzaju Artura Górskiego, który z sejmowej trybuny mówił, że Obama to "koniec cywilizacji białego człowieka". I zgłaszał kompromitujące pomysły, żeby parlament intronizował Chrystusa na króla Polski. Kościół nigdy nie powiedział katolickim radykałom "stop", więc ich wyczyny szły na jego konto.
Polscy biskupi, tłamsząc przez lata wszelkie próby dyskusji o roli religii w świeckim państwie, wyrządzili Kościołowi krzywdę. Pozbawili go rozsądnej kontroli. I pozbawili rozsądnych krytyków. Teraz więc - zamiast poczciwie zatroskanego "Tygodnika Powszechnego" czy ojca Ludwika Wiśniewskiego - mają Palikota. To z nim oraz tygodnikiem "Fakty i Mity" będą musieli toczyć światopoglądową dyskusję. Na własne życzenie.
Z jednej strony barykady Palikot, z drugiej - biskupi. To zła recepta na poważną debatę o Kościele i państwie. Zwłaszcza że chce jej wielu katolików. Palikot ich brzydzi, ale równie agresywna retoryka biskupów - nie przekonuje. Szkoda zostawiać tak ważne sprawy w rękach radykałów.