W zasadzie ludowcy nie mają powodów do narzekań. Zdobyli więcej głosów niż w poprzednich
wyborach parlamentarnych - było 7,8 proc, jest 8,36. Nieźle, zwłaszcza biorąc pod uwagę trzy powodzie, huragany i kryzys ekonomiczny, jakich doświadczył kraj za rządów PO-PSL. Liderzy PSL powinni więc być zadowoleni, szczególnie że prawie przez cały okres kampanii wyborczej sondaże nie były dla nich łaskawe. A nawet straszyły, że PSL może do Sejmu w ogóle nie wejść.
A jednak miny polityków PSL zaraz po ogłoszeniu sondażowych wyników wyrażały wielkie rozczarowanie. Wyraźnie liczyli na więcej. Po czterech latach rządów w koalicji z Platformą wzrósł ich apetyt na władzę. W poprzednim parlamencie PSL miał 31 mandatów, co dało mu kierownictwo w trzech ministerstwach. Przed tymi wyborami politycy tej partii nie ukrywali, że liczą na 40 mandatów i "proporcjonalnie do tego liczbę ministerstw do obsadzenia". Oprócz resortów gospodarki oraz rolnictwa i pracy także środowiska i jakiejś odnogi, jaka prawdopodobnie zostanie wyodrębniona z resortu infrastruktury. A tu mandatów jest tylko 28. Bo choć procentowo w liczbie zdobytych głosów jest lepiej, to mandatów będzie mniej, bo takie są zasady ich podziału promujące największe partie.
Marek Sawicki, minister rolnictwa, kiedy podano pierwsze wyniki, nie próbował nawet udawać radości. Do końca liczył na zdobycie 12-14 proc. głosów. Nie tylko on. Tuż przed wyborami Stanisław Żelichowski, szef klubu PSL, stawiał w rozmowie z "Gazetą" na pewną prawidłowość - w wyborach parlamentarnych PSL zwykle dostawał 75 proc. tego, co w wyborach samorządowych. Tak było od lat. A ponieważ w ostatnich wyborach do samorządów PSL uzyskał 16 proc. głosów, to teraz spodziewano się minimum 12 proc. I na taki wynik liczyła większość polityków Stronnictwa.
Na PSL głosuje głównie wieś. Jeszcze do 2007 r. było tak, że partia, która wygrywała na wsi, wygrywała też w całym kraju. PSL był zwykle na drugim miejscu. Po raz pierwszy w poprzednich wyborach ta zasada została złamana. PiS, choć na wsi wygrał, to przegrał w całym kraju. A PSL musiał zadowolić się trzecią pozycją.
W tych wyborach ludowcy ponownie znaleźli się na trzecim miejscu, za PiS (36,4 proc.) i PO (28,7 proc.). PSL dostał zaledwie 15,2 proc głosów na wsi. Na wsi mieszka wprawdzie ok. 38 proc. Polaków, ale większość z nich nie ma z rolnictwem nic wspólnego. I z roku na rok ubywa rolników, a przybywa tych nierolniczych mieszkańców. To przedsiębiorcy, inteligencja, ludzie, którzy wybrali wieś, bo uważają, że tam mieszka się przyjemniej i taniej. Ale wśród samych rolników PSL też przegrał z PiS, choć nie tak sromotnie - na PiS padło 40,8 proc. głosów, na PSL 32,3 proc.
To, że rolnicy głosują na PiS, nie dziwi, gdyż większość z nich to ludzie balansujący na granicy biedy lub w tej biedzie pogrążeni. Mamy w Polsce około 1,5 mln rolników, ale tylko ok. 250 tys. z nich osiąga jakiś dochód. PiS adresował swoją kampanię do tej większości, której się nie udało, do rzeszy roszczeniowych mieszkańców wsi.
PSL liczyło głównie na tych "dochodowych" (zamożniejszych), ale w ciągu czterech lat rządów wcale ich nie wspierało. PSL nie było w stanie przeprowadzić zezwolenia na
import pasz opartych na soi genetycznie modyfikowanej, która jest podstawą żywienia zwierząt. By nie narazić się przeciwnikom GMO, odłożono sprawę pasz na po wyborach, ku rozgoryczeniu hodowców świń i drobiu. Za to przed wyborami przepchnięto nowelizację ustawy o gospodarowaniu gruntami rolnymi, która pozwoli Agencji Nieruchomości Rolnych na odebranie dzierżawcom 30 proc. użytków.
To miał być ukłon w stronę tradycyjnego elektoratu, czyli właścicieli drobnych gospodarstw, którzy teoretycznie będą mogli sobie kupić tę ziemię odebraną większym dzierżawcom. Tyle że ci drobni nie mają na to pieniędzy, a dzierżawcy są rozsierdzeni, bo utrata 30 proc. ziemi oznacza dla nich zmianę profilu produkcji i jej zmniejszenie oraz redukcję zatrudnienia. Dlatego na cztery dni przed wyborami protestowali w
Warszawie, apelując do prezydenta, by ustawy nie podpisywał, bo szkodzi rolnictwu.
Dobry dla PiS wynik na wsi zrobiły w zasadzie cztery województwa: podlaskie, świętokrzyskie, lubelskie i podkarpackie. Tu królują drobne gospodarstwa rolne i tu przewaga PiS nad PSL była na tyle duża, że wystarczyła do osiągnięcia pierwszej pozycji w skali całego kraju.
Stanisław Żelichowski, szef regionu warmińsko-mazurskiego, może być zadowolony. W jego województwie na PSL padło ponad 12 proc. głosów, czyli znacznie powyżej średniej krajowej. Zwykle to województwo osiągało poziom średniej, tym razem było znacznie lepiej.
- Warto się przyjrzeć wynikom w poszczególnych rejonach - mówi dziś Żelichowski, co oznacza, że liderzy województw poniżej średniej będą się musieli teraz wytłumaczyć, dlaczego im poszło gorzej.
Także poseł Janusz Piechociński mówi głośno, że nie wszyscy koledzy sprawdzili się w czasie tej kampanii. Niektórzy byli zbyt mało aktywni w terenie albo nie potrafili przebić się do mediów. Na pewno nikt nie będzie rozliczał z tej kampanii Waldemara Pawlaka. Jego przywództwo nie jest kwestionowane, choć to właśnie Pawlak wybrał strategię wyborczą opartą na niedrażnieniu ewentualnych przyszłych koalicjantów.
Pawlak uznał, że PSL ma unikać zwarcia, agresji. Ma pokazać koncyliacyjną twarz Stronnictwa. A to wykluczyło praktycznie walkę z PiS. PSL puszczał mimo uszu populistyczne obietnice, jakich rolnikom nie szczędzili politycy PiS.
Pawlak prawdopodobnie wybrał wariant unikania spięć, bo nie chciał sobie zamykać furtki przed przyszłą koalicją, gdyby jednak to PiS wygrał wybory. Już w czasie kampanii prezydenckiej zachował taką propisowską postawę. Tak na wszelki wypadek.
- PSL miało w tej kampanii wybór - mówi Michał Strąk, uznawany za jednego ze strategów Stronnictwa. - Mogło postawić na walkę, na agresję, nawet zrywając koalicję przed końcem kadencji. Lub też dotrwać w rządzie do końca i zawalczyć w wyborach o dobry wynik, pokazując twarz obliczalnego, zrównoważonego partnera. Świadomie wybrano ten drugi wariant.
I może dobrze by na tym wyszło, gdyby nie
Janusz Palikot i jego Ruch. - Gdyby nie pojawił się nowy gracz, dostalibyśmy ponad 10 proc. - twierdzi Stanisław Żelichowski.
Palikot przyciągnął do siebie tych rozczarowanych z PO i SLD, a właśnie na nich liczył PSL. Do tego Palikot zdołał wepchnąć się na wieś, zgarniając tu 8,2 proc. głosów. Zagłosowała ona na partię, która deklaruje antyklerykalizm, a na listach do Sejmu umieściła transseksualistę i zdeklarowanego geja. - To tylko pokazuje, że elektorat wiejski nie jest wcale taki jednorodny, jak się go często przedstawia. Tam też są radykałowie, ludzie o nastawieniu antyklerykalnym. Palikot ich zręcznie zagospodarował - tłumaczy Janusz Piechociński.
Za to ludowcy mogą się cieszyć, że rośnie ich popularność wśród młodych ludzi. W grupie wiekowej 18-23 lat procent głosów oddanych na PSL jest wyższy niż średnia w całym kraju - przekracza 10 proc. Za to w grupie emerytów, powyżej 65. roku życia, zwolenników PSL jest mniej niż 8 proc. Starsi rolnicy wybierają PiS.
Zdaniem Michała Strąka to znak, że choć PSL kojarzy się z walką o utrzymanie KRUS w obecnej postaci, to nie to okazuje się dla jego elektoratu najważniejsze. - Bardziej liczy się światopogląd niż ekonomia. Elektorat PSL przestaje patrzeć na Stronnictwo jako na partię, która walczy o przywileje dla rolników - mówi Strąk. - Na szczęście PSL staje się atrakcyjne dla młodych wyborców.
Ponad 8,3 proc. zdobytych głosów to dla PSL wynik remisowy. Oznacza utrzymanie status quo. PSL nie przegrał tych wyborów, co niemal do końca wieszczyły mu różne sondażownie, ale też nie poprawił swojego wyniku sprzed czterech lat, co zapowiadali jego liderzy.
Zamiast więc dostać w nowym rządzie PO-PSL więcej stanowisk, musi walczyć o utrzymanie tego, co miał dotychczas. Ale każdy, kto zna choć trochę Pawlaka, wie, że choć PSL będzie miał mniej mandatów w Sejmie, to i tak prezes będzie się domagał więcej stanowisk dla swoich ludzi.
Ale Platforma ma wybór. Nie musi się skazywać na koalicję z ludowcami. Ruch Palikota jest dla niej znacznie łatwiejszy do przełknięcia jako koalicjant niż SLD. Bo Palikot zapewnia, że ani on, ani jego ludzie nie muszą wchodzić do rządu. Będą popierać rząd z pozapartyjnymi fachowcami, takimi jak np. prof. Jerzy Hausner, zamiast rządu z partyjnymi ministrami wskazanymi przez Pawlaka.
Teraz trudniej ludowcom targować się o stanowiska. Trudniej szantażować PO: nie chcecie nas i naszych żądań, to weźcie sobie byłych komunistów! Bo PO może przyjąć ofertę Palikota. Przecież Tusk (w wywiadzie dla "Polityki") wcale tej oferty nie odrzucił.
A Janusz Piechociński ostrzega: - Matematycznie koalicja PO z Ruchem Palikota jest realna. Może się tylko Platformie nie opłacać, bo cena, jaką za nią zapłaci, będzie bardzo wysoka. Tą ceną będzie rozpad PO w sferze światopoglądowej pod wpływem różnych wyskoków i żądań nieobliczalnego Palikota.
Piechociński ostrzy sobie zęby na resort infrastruktury (lub jego część).