http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Kampania bez haków. Służby, wrzutki i wybory

Wojciech Czuchnowski
2011-10-11, ostatnia aktualizacja 2011-10-10 18:05

Fot. PIOTR WOJCIK

Ani w tych wyborach, ani w prezydenckich z 2010 r. nie zdarzyło się nic, co można odbierać jako ingerencję służb specjalnych

Sąd okręgowy w Warszawie. Proces pułkownika Lesiaka w sprawie inwigilacji prawicy przez służby specjalne na początku lat 90.
Fot. Adam Kozak / AG
Sąd okręgowy w Warszawie. Proces pułkownika Lesiaka w sprawie inwigilacji...
Wojciech Czuchnowski
fot.
Wojciech Czuchnowski
ZOBACZ TAKŻE
Październik 2007 r. Pięć dni przed wyborami parlamentarnymi szef Centralnego Biura Antykorupcyjnego Mariusz Kamiński zwołuje konferencję prasową. Dziennikarzom pokazuje film z operacji przeciwko posłance PO Beacie Sawickiej. Widać na nim, jak posłanka bierze pieniądze od agenta CBA podającego się za biznesmena. - Ta konferencja każe się zastanowić, na kogo oddać swój głos. Polacy sami wyciągną wnioski - mówi Kamiński.

Wystąpienie Kamińskiego przeszło do historii jako przykład drastycznej ingerencji służb specjalnych w kampanię wyborczą.

Rok 2007 był pod tym względem wyjątkowy. Kilka miesięcy wcześniej - również za pomocą materiałów CBA wspieranego przez ABW - wyeliminowano ze sceny politycznej Samoobronę. A prokuratura zorganizowała kuriozalną prezentację zapisów z kamer hotelu Marriott i fragmentów podsłuchów.

Tymiński i szafa Lesiaka

Ale dzieje ingerencji służb w wybory są tak długie jak historia III RP. Zaczęło się w 1990 r., gdy nieznany nikomu emigrant Stanisław Tymiński przeszedł do drugiej tury wyborów prezydenckich. Urząd Ochrony Państwa wrzucił wtedy do mediów informacje o jego kilku paszportach, kontaktach z libijskimi handlarzami bronią oraz o tym, że Tymiński bije żonę. Część z nich okazała się nieprawdziwa, ale skutek był taki, że Tymińskiemu zaczęło spadać poparcie.

Ten sam UOP w latach 1992-93 zaangażował się w inwigilację prawicowych ugrupowań powstałych po upadku rządu Jana Olszewskiego. Oficjalnym pretekstem było zabezpieczenie tajnych dokumentów, które mogli posiadać byli urzędnicy tego rządu. Szybko jednak operacja przerodziła się w "zbieranie haków" na działaczy Porozumienia Centrum i Ruchu Odbudowy Polski. Z dokumentów znalezionych w 1995 r. w tzw. szafie Lesiaka wynika, że agentom wpływu kierowanym przez pułkownika Jana Lesiaka udało się doprowadzić do skłócenia partii Olszewskiego, która przed wyborami rozpadła się na trzy ugrupowania.

Lewica pod ostrzałem

Ale głównym celem politycznych manipulacji przedwyborczych ze strony służb była lewica. W przededniu wyborów prezydenckich w 1995 r. wybuchła sprawa tzw. Czerwonej Pajęczyny, czyli Towarzystwa Ubezpieczeniowego "Polisa". Media podały informacje, że Polisę zasiliły pieniądze Funduszu Obsługi Zadłużenia Zagranicznego, a akcje Towarzystwa posiadały żony liderów lewicy - Aleksandra Kwaśniewskiego i Józefa Oleksego.

Przed kolejnymi wyborami - w 2000 r. - UOP rzucił na szalę dokumenty mające świadczyć o tym, że Kwaśniewski był agentem SB. Materiały "w ostatniej chwili" zostały przywiezione do sądu, który badał oświadczenie lustracyjne Kwaśniewskiego. Pięć lat później kolejny lewicowy kandydat na prezydenta - Włodzimierz Cimoszewicz - został zaatakowany przez swoją byłą asystentkę Annę Jarucką.

Przed sejmową komisją badającą tzw. aferę Orlenu zeznała, że na polecenie Cimoszewicza podmieniła jego oświadczenie majątkowe. Jarucką przed komisję przyprowadził poseł PO Konstanty Miodowicz, były szef kontrwywiadu UOP.

Wspólny mianownik tych spraw jest taki, że przewijały się one w aktach służb specjalnych, które nie były w stanie zgromadzić solidnego materiału dowodowego. Robiły więc wrzutkę medialną lub tak jak w przypadku oskarżenia lustracyjnego pod adresem Kwaśniewskiego i ataku na Cimoszewicza, informacje przekazywano w ostatniej chwili.

Efekt? Sąd lustracyjny uznał materiał UOP za niewiarygodny. Ale Cimoszewicz, pod presją ataku ze strony mediów i zjednoczonych posłów PO, PiS i LPR, uległ i zrezygnował z kandydowania.

Coś się zmienia

Od jesieni 2007 r. kolejnym wyborom przestały towarzyszyć afery, w których tle można było dopatrywać się inspiracji służb specjalnych, lub ingerencja ta była oczywista (jak w przypadku Sawickiej).

Czy oznacza to, że na czele ABW, CBA i innych tajnych formacji stanęli wreszcie właściwi ludzie, a władza nie chce korzystać z haków zebranych przez służby? Na taki wniosek jeszcze za wcześnie. Można tylko powiedzieć, że coś się zmienia. Oby na trwałe.

Teraz w Sejmie mamy trzech byłych wysokich funkcjonariuszy CBA z Kamińskim i jego agentem Tomkiem (startowało sześciu pracowników Biura). Jest też były szef ABW Bogdan Święczkowski i były zastępcę prokuratora generalnego Dariusz Barski.

Kandydując z list PiS, ostatecznie rozwiali złudzenia co do swojego zaangażowania w służbie jednej partii. Lepiej jednak, że zasiądą w ławach poselskich, niż na stanowiskach, których wymogiem jest prawdziwa, a nie tylko deklarowana apolityczność.

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • 13 komentarzy
  • Drukuj
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    31 głosów

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':