Przeczytaj też: Młodzi głosują na Palikota
Aleksandra Pezda: Gazeta "Frankfurter Allgemeine Zeitung" nazwała pana "polskim błaznem - Stańczykiem". Czy teraz zmieni pan styl, czy nadał będą wibratory i prosiaki na konferencjach prasowych? Janusz Palikot: Będę tak działać, jeśli zajdzie potrzeba, ja się tego nie wyrzekam. Taki styl przemawia do młodych ludzi. Skoro potrzebują, żeby do nich mówić takim językiem, będę tak nadal robił. W końcu nas wybrali. Ale politykę zamierzam oczywiście uprawiać odpowiedzialnie i bardzo serio.
Mówił pan, że gdyby mógł wybierać resorty dla swojego Ruchu w ewentualnej koalicji, postawiłby na Ministerstwo Edukacji, MSWiA oraz Ministerstwo Pracy. Dlaczego edukacja? - Bo tam potrzebne są fundamentalne zmiany. Szkołę mamy XIX-wieczną, nastawioną na wynik, na testy. Zamiast nowoczesnej współpracy, pracy zespołowej i kreatywności. A edukacja jest najważniejsza, od niej trzeba zacząć budowę nowoczesnego państwa. Również ze względu na sprawę religii, którą trzeba wycofać ze szkół i przenieść do kościołów. Dlatego będziemy się upierali przy nowoczesnej edukacji. Wszystko jedno, czy w rządzie, czy jako opozycja.
Jaką koalicję bierze pan pod uwagę? - Za wcześniej mówić o koalicjach. Zwłaszcza że wynik nie jest ostateczny, a liczę, że będziemy mieli nawet kilkanaście procent. Proszę, jaki wynik! A jeszcze pół roku temu nikt nie dawał nam szansy nawet na jeden procent! W Sejmie jednak poprzemy każdą koalicję, która spełni nasze nadzieje na nowoczesne państwo i nasze postulaty. Nawet jeśli nie będziemy jej członkami. Równie dobrze możemy działać jako konstruktywna opozycja. Na pewno nie bierzemy pod uwagę żadnej koalicji z
PiS. Na szczęście - sądząc po wstępnych wynikach - nie będzie to w ogóle konieczne. Bo nikt nie będzie miał potrzeby budowania koalicji z PiS.
Pierwsza nasza propozycja ustawy - finansowanie
in vitro z
budżetu. Do grudnia zamierzamy złożyć w Sejmie projekt ustawy o związkach partnerskich, ale nie mogę przesądzić, z jakim to się spotka przyjęciem przez inne siły w Sejmie.